środa, 10 stycznia 2018

Tajlandia i Birma #1 - Chiang Mai i Chiang Rai

Siemano. Jak widać nie zaglądałem tu przeszło 2 lata, ale po powrocie z Tajlandii i Birmy uznałem, że warto napisać coś więcej o tej podróży, bo same zdjęcia nie oddadzą tego co przeżyłem przez ten miesiąc. Tak, miesiąc! Poszalałem. Nie wiem czy drugi raz takie coś przejdzie w pracy, niemniej jednak na te 2 kraje to i tak za mało. Do pisania na blogu skłoniło mnie też to, że większość znajomych gdy słyszy, że byłem w Tajlandii to od razu kojarzy to jednoznacznie: full moon parties, seksturystyka, ladyboye, ping-pong show i ogólna patola i komercha. Nie! Tajlandia to o wiele więcej i mam zamiar trochę odkłamać ten przykry wizerunek na przykładzie pierwszego tygodnia spędzonego w tym właśnie kraju.

Krótko o planie podróży: Przylot do Bangkoku (w moim przypadku z Pragi, więc już samo połączenie to było kino drogi). W BKK zbiórka niepełnego jeszcze składu, stamtąd pociągiem nocnym do Chiang Mai, tam zwiedzanie miasta, okolic oraz 2-dniowy trekking. Potem przejazd do Chiang Rai, tam również 2-dniowy trekking i zwiedzanie pobliskich gór. Potem powrót do Chiang Mai, przegrupowanie, wypicie Żołądkowej, powrót do Bangkoku, zebranie pełnego składu, lot do Birmy, gdzie tułamy się kilkanaście dni (o Birmie napiszę szerzej w innym poście), przylot do BKK, wypicie Whisky na Khao San Rd, zwiedzenie starożytnej Ayutthai, przejazd do prowincji Kanchanaburi i w końcu teleportacja na wyspę Koh Lanta. No i oczywiście jeszcze 2 dniowy powrót z tej wyspy do domu (przez BKK, Dohę, Pragę i Bytom  :D).

Tak to mniej więcej wyglądało na mapie ;)


 "Bangkok jak Bangkok" jak to mówią Janusze, "myślałem, że większy będzie". A tak już poważniej - miasto na pewno warte odwiedzenia, starówka królewska to może inny klimat niż średniowieczne europejskie miasta, ale ma swój urok. Na przykład rankiem, kiedy można zobaczyć jak budzi się do życia. Sprzedawcy rozstawiają stragany, ludzie jadą niespiesznie do pracy, mnisi wyruszają po jałmużnę, dzieciaki idą do tętniącej życiem szkoły. Albo wieczorem, kiedy przechadza się między oświetlonymi świątyniami, czy nurkuje w wesoły gwar nocnych targów. W tym poście chciałem napisać jednak o północy Tajlandii, bo właśnie ona mnie najbardziej zachwyciła.

CHIANG MAI

Pociąg nocny to bardzo przyjemna metoda dostania się na północ Tajlandii. Wagony drugiej klasy, w nich naprzeciw siebie kanapy, które około 21. pan z obsługi rozkłada i robi się z nich łóżko piętrowe. Czysto, schludnie i... głośno. Można jednak dzięki temu zaoszczędzić czas (bo nie traci się dnia na przejazd) i pieniądze (bo nie płaci się przecież za nocleg). Pierwszy tydzień w okrojonym składzie mieliśmy rozplanowany tylko ogólnie, chociaż co nie co doczytaliśmy  w przewodniku i w internecie. Z przygotowaniami już tak jest, że z każdym kolejnym wyjazdem człowiek coraz mniej ma ochoty przesiadywać przed komputerem, przeczesując fora i blogi w poszukiwaniu praktycznych informacji. Właśnie to oraz stosunkowo mało czasu sprawiło, że w pierwszym tygodniu, poza miastami postanowiliśmy się powierzyć w ręce przewodników. Wiązało się to z pewnym ryzykiem, bo przewodnik przewodnikowi nierówny, a spotkaliśmy się też w necie z negatywnymi opiniami. Że przewodnik drętwy, że odwiedzane miejsca sztuczne i robione pod turystów, że już w ogóle w Tajlandii nie ma prawdziwych górskich wiosek itp. Całe szczęście okazało się, że w naszym przypadku te wszystkie obawy się nie potwierdziły.
Nocny pociąg do Chiang Mai

Chiang Mai - stolica prowincji o tej samej nazwie, trzecie największe miasto w Tajlandii, a największe na północy kraju. Obowiązkowy punkt na trasie każdego turysty, który chce w Tajlandii zobaczyć coś poza plażami. Stare miasto znajduje się na zachodnim brzegu rzeki Ping, a zbudowane jest na planie kwadratu otoczonego fosą. Wzdłuż tej fosy poprowadzone są dwupasmowe drogi, takie jakby obwodnice starówki i gdzieniegdzie powtykane mosty, które łączą tą "wyspę" z resztą miasta. Dzięki takiemu układowi poruszanie się po mieście jest w miarę proste. Co nie znaczy, że sprawne - ruch jest tam niesamowity. Przyznam, że kwadrat na mapie nie wygląda jakoś ogromnie, a jednak przemierzanie go pieszo potrafiło zmęczyć. W tym to kwadracie znajduje się wiele zabytkowych świątyń, niektóre z nich rzeczywiście robią wrażenie. 
Przedmieścia Chiang Mai

Pierwszy dzień zatem poświęciliśmy na rozpoznanie i zwiedzanie samego Chiang Mai m.in. Chinatown, nocny targ, świątynie Wat Chedi Luang, Wat Phra That Doi Suthep czy Wat Phra Singh (jeszcze wtedy nie mieliśmy przesytu posągów Buddy i strzelistych chedi). Tego samego dnia skontaktowaliśmy się z wyszukanym wcześniej przewodnikiem i zarezerwowaliśmy dwudniowy trekking po okolicznych górach. W tym momencie warto nadmienić o jakiej porze przylecieliśmy do Tajlandii. W Tajlandii podobnie jak w pozostałych krajach regionu nie ma 4 pór roku tak jak u nas. Przełom października i listopada to koniec pory deszczowej, a początek pory suchej. Ten krótki okres przejściowy poprzedza nadejście wysokiego sezonu, kiedy do Azji przymierzają setki turystów i nigdzie nie można znaleźć wolnych pokoi, a rezerwacje trzeba robić na kilka tygodni w przód. Przed wysokim sezonem może się jeszcze trafić jakaś ulewa, niebo nie zawsze jest bezchmurne, ale nie jest już tak obłędnie ciepło i wilgotno jak w porze deszczowej. Wielką zaletą tej pory jest fakt, że w Azji nie ma wtedy zbyt wielu turystów, dzięki czemu zamiast iść na trekking w 20 osób, idziemy tylko my w dwójkę i nasz przewodnik. I może jeszcze jego młodszy bratanek, który kiedyś też chce zostać przewodnikiem.

Wcześnie rano podjeżdża po nas terenowe Songthaew (czyli taka półciężarówka z dwoma rzędami siedzeń na pace) i nim objeżdżamy kilka obowiązkowych punktów na terenie pobliskiego Parku Narodowego Doi Inthanon. Jest to park ustanowiony wokół najwyższego szczytu Tajlandii o tej samej nazwie, który ma 2565 m.n.p.m wysokości. To o kilkadziesiąt metrów więcej niż nasze Rysy. Jest to dość ciekawe zważywszy na to, że na szczycie mimo niższej temperatury można zaobserwować, że to jednak nadal jest dżungla, a pod sam szczyt można dojechać asfaltem. Zgoła inny widok niż nasze turnie. Zatrzymujemy się jeszcze żeby zobaczyć dwie świątynie otoczone ładnym, choć mało orientalnym ogrodem kwiatowym oraz wodospad Wachirathan.

Wspinamy się coraz wyżej, drogi z szerokich dwupasmówek zmieniają się w kręte górskie zawijasy. Robi się chłodniej i trochę wilgotniej. Robimy przerwę na lokalnej plantacji kawy, oczywiście z degustacją. Kawa, którą dostaliśmy do wypicia, była świeżo palona i świeżo (przez nas) zmielona, a potem przefiltrowana przez coś a'la skarpetka. Nie wiem czy to kwestia zmęczenia od wczesnej pobudki, czy też może okoliczności, ale nie chcieliśmy do tej kawy ani odrobiny cukru ani tym bardziej mleka. Ta kawa była po prostu pyszna sama w sobie i w mig poszedł cały dzbanek. Kupiliśmy trochę do Polski i ruszamy do następnego przystanku. 
Kawiarnia w stylu kareńskim
Kolejna górska wioska, domki na palach, kryte i zrobione z bambusa. Tutaj jemy "lunch". Tu też pojawia się w końcu okazja trochę więcej porozmawiać z przewodnikiem. Okazuje się, że przystanek mamy u jego mamy. Chata skromna, po środku palenisko, jedzenie przygotowywane jest praktycznie na podłodze (na talerzach, po prostu bez stołu). Dostajemy tu owoce i zapakowany w liście bambusa ryż z jajkiem i kurczakiem. Proste i dobre. Porcja energii przyda się, bo już za chwilę zacznie się właściwy trekking.
Kham i jego mama
Żegnamy się z mamą Kham (nie wiem czy tak się zapisuje to imię) i podjeżdżamy jeszcze kawałek na koniec wioski. Tu zaczniemy trasę. Nie jakąś mega długą, taki kilkugodzinny trekking po dżungli z w miarę łagodnym przewyższeniem. W sam raz na początek. Po drodze poznajemy naszych przewodników, dla młodego jak się okazało jest to pierwszy taki wypad. Moja towarzyszka stwierdza, że nie lubi pająków, więc od tej chwili zadaniem pobocznym jest pokazanie jej jak największego pająka. Jakoś 2 godziny po wyruszeniu zaczyna się ulewa. Wody spada tyle, że gliniaste ścieżki szybko zamieniają się w rzeki. Zakładamy pelerynki, chociaż wiemy, że przy takiej ilości wody chodzi tylko o uratowanie plecaka i aparatu. Cóż, przygoda ;) Zanim jeszcze docieramy do pierwszych wiosek, zaczyna się przejaśniać. Mijamy kilku tubylców na motorach. Wszyscy radośnie witają naszego przewodnika i nas. Jedni wiozą dzieci, inni jakieś materiały, jedzenie. Inaczej niż na motorze nie wyobrażam sobie tu dojechać, szczególnie po tej ulewie. Mijamy szopy, domki, pola ryżowe i w końcu docieramy do naszej wioski docelowej. 
Końcówka pierwszego dnia - już prawie jesteśmy w wiosce.
Okazuje się, że będziemy spali w domu ciotki Kham, są tu też jego bracia i miałem wrażenie, że w ogóle połowa rodziny. ;) Duża chata, znów na palach, po środku palenisko. W wiosce mieszka plemię Karenów. Karenowie to mniejszość etniczna zamieszkująca górskie rejony Birmy i Tajlandii. Karenowie posługują się swoim językiem i co ciekawe wioska, w której nocowaliśmy była głównie chrześcijańska. Ściągamy mokre ciuchy, bierzemy łyka "happy water" czyli takiej lokalnej Sake (po kareńsku na zdrowie to jeśli dobrze pamiętam: Czigiridigidi!)  i zabieramy się do wspólnego przygotowywania posiłku. Jak to wyglądało możecie zobaczyć na zdjęciach. Pokroiliśmy warzywa do sałatki i przygotowaliśmy żółte curry. Obydwa dania na wolnym ogniu w palenisku i obydwa dania pyszne. Curry w sam raz - nie tak kur...o ostre jak to na Sri Lance. Dowiedzieliśmy się, że po kolacji nasi gospodarze udają się do sąsiadów, gdzie będą się modlić. Co wieczór taka modlitwa odbywa się w innym domu i jeśli chcemy, to możemy dołączyć. Było to ciekawe przeżycie. Być na drugim końcu świata, gdzieś w górskiej wiosce, zobaczyć na ścianie wizerunek Jana Pawła II i słuchać modlitwy w zupełnie obcym języku. Po kolacji posiedzieliśmy jeszcze i tych sąsiadów, rozmawiając i popalając czasem skręta z bananowca. Polska jest w Azji raczej mało znanym krajem. Widać, że trochę się to zmienia, ale i tak co chwilę musieliśmy tłumaczyć, że jesteśmy z Poland, a nie z Holland. I może z tego faktu wynikało też, że miejscowi z zaciekawieniem pytali skąd my to właściwie jesteśmy, czy mamy śnieg i dlaczego brzmimy podobnie do ruskich. 
Górska domówka ;)
Drugi dzień to trekking głównie wzdłuż rzeki, a ponieważ w nocy padało, to rzeka była dość wartka. Podobnie mijane po drodze wodospady. Przy jednym z takich wodospadów była okazja się wykąpać, przy kolejnym przerwa na posiłek. Po kilku godzinach skakania na przemian po krawędziach pól ryżowych i poutykanych w rzece kamieniach makaron z bambusowego liścia również okazał się smakołykiem. Późnym popołudniem dochodzimy do końca trasy gdzie odbiera nas znajomy kierowca i wracamy do Chiang Mai. Pierwszy trekking, można powiedzieć, że taki bardziej etniczny, okazał się miłym zaskoczeniem.
CHIANG RAI

Kolejnym punktem na trasie było Chiang Rai. Mniejsza i dużo spokojniejsza mieścina, do której udaliśmy się nocnym busem. Nasza wizyta zbiegła się w czasie z zakończeniem rocznej żałoby po śmierci Króla Tajlandii oraz z uroczystościami kremacyjnymi, które w mniejszym lub większym stopniu miały miejsce w całym kraju. W dzień kremacji wszystkie zakłady i sklepy zostały zamknięte, więc mieliśmy okazję zobaczyć praktycznie opustoszałe Chiang Rai. Bhumibol Adulyadej, król Rama I, panował w Tajlandii przez prawie 70 lat. Większość jej mieszkańców nie zna innego Króla, darzono go wielkim szacunkiem, gdyż przeprowadził kraj przez wiele trudnych okresów, w tym doprowadził do pełnej transformacji w ustrój demokratyczny. Trudno zatem dziwić się autorytetowi jakim cieszył się w Tajlandii.

Tutaj również zwiedziliśmy miasto i pobliskie atrakcje, takie jak Biała Świątynia Wat Rong Khun czy Baan Dum - czarny dom. Ponownie jednak główną dla nas atrakcją miał być dwudniowy trekking po okolicznych wzgórzach porośniętych dżunglą.

Dopiero uczyliśmy się tajskiej logistyki, więc dostaliśmy się do Chiang Rai z pewnym opóźnieniem. Już na dworcu autobusowym (dworzec to tutaj za duże słowo), powitało nas dwóch młodych chłopaków - Mo i Kear. Ze względu na małą obsuwę w planie nie do końca wiedzieliśmy czego się po nich spodziewać. Wypady, które organizuje ich firma opisywane są jako przygoda z maczetą ( :D ) i, jak się później okazało, te maczety do czegoś jednak się w dżugnli przydają. Chłopaki jednak okazali się bardzo wporzo i od razu załapaliśmy z nimi dobry kontakt.
Mo z kucykiem, Kear z paluchami.
Dżungla w okolicach Chiang Rai okazała się trochę inna niż ta w prowincji Chiang Mai. Dużo więcej bambusów, większa wilgoć, a i trasa jakby mniej przystępna ze względu na roślinność. Wspomniane wcześniej bambusy pełniły jednak ważną rolę w tym trekkingu. Już na samym początku trasy zatrzymaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia ogromnym skupiskom bambusów i nagle Mo stwierdził, że chyba mamy dzisiaj szczęście, po czym polazł w kierunku tego skupiska. Wlazł pomiędzy łodygi i segment po segmencie zaczął je rozcinać czegoś tam szukająć. Nagle słyszymy "Yeeees!". I co się okazało? W środku, wiły się małe tłuste białe larwy. I na te larwy ponoć można natrafić tylko przez krótki okres w roku i to stosunkowo rzadko. Dowiedzieliśmy się, że są one cennym przysmakiem w Tajlandii - za 1 kg można dostać nawet i 100 PLN. A my mamy za darmo. :D 
Proteiny, wszędzie proteiny!
Chłopaki pokazali nam jak rozpoznać, czy w łodydze mogą być larwy i wytłumaczyli jak motyle (albo ćmy, teraz nie wiem) przez dziurkę składają te jaja kiedy bambus jest jeszcze mały, a łodyga miękka. Tak więc zdrowe pół godziny poświeciliśmy na zbieranie tych larw do pojemnika zrobionego (a jakże) z bambusa i przytkanego liściem. Te larwy łaziły sobie potem w tym pojemniku schowanym do plecaka i wieczorem trafiły na patelnię... Jedną zjadłem żywą (bo co - ja nie zjem?), a pozostałe podsmażone w głębokim oleju zajadaliśmy popijając ryżowy bimberek. Smak? Takie smaczniejsze frytaski. ;) Trochę wymęczeni przedzieraniem się przez zarośla dotarliśmy w końcu do wiosku na malowniczym wzgórzu. Zanim zrobiło się ciemno zrobiliśmy jeszcze spacer po górskiej wiosce od czasu do czasu zaczepiani przez miejscowe dzieciaki. Po zmroku kiedy w chatce zebrała się duża część rodziny miała miejsce kolejna wieczorna uczta z curry, larwami, ryżowym bimbrem i innymi lokalnymi przysmakami. Nazajutrz z pewną taką niemrawością wróciliśmy na szlak, który wił się między polami zielonej herbaty i ryżu. Na jednym z takich pól zatrzymaliśmy się przy szałasie, gdzie miał mieć miejsce "lunch". Jako, że przez całą trasę towarzyszyły nam maczety i bambusy tak i przy posiłku nie mogło być inaczej. Mieliśmy zatem okazję zobaczyć, jak przygotowuje się posiłek bez jakichkolwiek naczyń, a używając do tego tylko ognia, maczety i bambusa. 
Podano do... bambusa!
Jak to się robi? Do dużych łodyg wrzucone zostały jajka, z których w bambusie nad ogniem zrobił się omlet. Do innych trafił kurczak z curry, warzywami, jakimiś białymi grzybkami i mlekiem kokosowym, i pięknie się w tych łodygach poddusił. Do tego grill i jeszcze wspomniane wcześniej larwy. Po prostu pycha! Naczynia i sztućce chłopaki również wyczarowali na świeżo z bambusów - cyk fuch i z łodyg powstały miseczki i całkiem zgrabne pałeczki. Po posiłku przeszliśmy jeszcze kilka kilometrów, aby na koniec zejść malowniczą doliną do wioski gdzie czekał na nas pick-up, na którego pace wróciliśmy do punktu startu. 
Końcówka trekkingu była naprawdę malownicza.
Trekking skończył się odprężającą kąpielą w "hot springs", czyli gorących źródłach, a potem, wieczorem spotkaliśmy się jeszcze z Mo i Kear przy piwku na nocnym targu w Chiang Rai. Drugi trekking zupełnie inny maczetowo-bambusowo-młodzieżowy - również in plus. Nazajutrz rano busem udaliśmy się do Chiang Mai, gdzie spotkaliśmy się z kolejnym naszym towarzyszem podróży, aby po kilku dniach spotkać się w pełnym składzie. Minął dopiero tydzień w podróży, a my już mieliśmy co wspominać. 

Jak widać w Tajlandii znajdziecie to czego szukacie - lecicie w poszukiwaniu dziwek i koksu? Znajdziecie dziwki i koks, lecicie aby poznać wspaniałych ludzi przepiękne miejsca? Dokładnie to na was czeka.

Dajcie znać w komentarzu, czy to w ogóle ciekawe, bo mam jeszcze co nie co do opowiedzenia, ale przecież nie będę pisał dla powietrza. ;) pozdr. RL

środa, 9 września 2015

Japonia

Schemat już od jakiegoś czasu ten sam - coś się dzieje, potem noszę się z zamiarem napisania o tym na blogu, wchodzę na niego, zdziwienie (że ostatni post rok temu), post i cykl od nowa. Ale hola hola, ostatni post - maj 2014. To od tego czasu nic się nie wydarzyło? A Gruzja? A ŚLUB? :D Nie ma się co tłumaczyć, bloger ze mnie kiepski, ale może nadrobię. Póki co, mamy wrzesień 2015 i wróciłem z, jak na razie, najdalszej wyprawy - do Japonii. Wyprawy o tyle nietypowej, że prowadzonej przez pilotkę - moją jakże szanowną Żonę. 


Japonia. Do tego lata o kraju wiedziałem tyle co przeciętny gaijin, czyli: origami, debilne programy telewizyjne, anime, manga, samuraje, sushi, gejsze i ryż. Kiedy postanowiliśmy, że w tym roku za cel na wspólny urlop obieramy jednak kraj kwitnącej wiśni, stwierdziłem, że właściwie to nie wiem czego się po tym kraju spodziewać. W internecie ostatnio wysyp artykułów o coraz to dziwniejszych japońskich dewiacjach, za to mało o zwykłej japońskiej rzeczywistości. Trochę sobie przed wyjazdem o Japonii poczytałem, a i Agata już trochę o tym kraju poopowiadała ale i tak wiedziałem, że dopiero kiedy zobaczę, to zrozumiem. Czy zrozumiałem Japonię? Tego nie wiem, ale na pewno liznąłem trochę japońskiej kultury, obyczajów i chyba codzienności.




Spędziłem w Japonii trochę ponad 3 tygodnie, a wydaje mi się, że mógłbym o niej pisać chyba przez tydzień bez przerwy. Chciałbym jednak nie zanudzać (wszak duch czytelniczy i tak w narodzie trochę podupada), nie pisać o każdym zaskakującym mnie drobiazgu w stylu sedesów z panelem sterowania, pociągów kursujących z dokładnością co do sekundy, czy spotkanych na ulicy ludziach w kimonach. Na temat Japonii powstało wiele ciekawych książek, napisanych przez ludzi, którzy w Japonii spędzili lata i uważam, że nie ma sensu po raz kolejny rozpisywać się na temat tego co dziwi każdego nowo-przybyłego gaijina. Książki takie jak "Japoński Wachlarz. Powroty", czy "Tatami Kontra Krzesła" doskonale opisują i zachęcają ciekawskich, więc nawet nie śmiem konkurować. Tą pierwszą książkę zostawiłem zresztą na swoje nieszczęście w jednym z Shinkansenów - superszybkich pociągów będących wizytówką japońskich wysp. 




Spróbuję krótko opisać moje odczucia po wizycie w tym kraju. 

Program wyprawy, został tak dobrany, aby liznąć po trochu "każdej" Japonii. Byliśmy zatem i na dalekiej prowincji, i w sercu wielkich metropolii. Zobaczyliśmy multum świątyń, wspinaliśmy się na malownicze (i aktywne!) wulkany, wieczorami zatracaliśmy się w zatłoczonych dzielnicach Tokio, Kioto i innych wielkich miast, przejechaliśmy niezliczone kilometry wspaniałą japońską koleją, zdobyliśmy Fuji (!), dogłębnie posmakowaliśmy japońskiej kuchni, trochę skubnęliśmy sztuki, tańca, teatru, a nawet japońskiej technologii. Krótko mówiąc otrzymaliśmy Nippon w pigułce. Jacy więc są Japończycy? Cholera, nie wiem... Tutaj posłużę się cytatem:

(Japonia) to kraj honne i tatemae, i to co się mowi, może być całkowicie sprzeczne z tym, co się naprawdę myśli i czuje. 

Opowiesz więcej o honne i tatemae? 

To dwa słowa, które chyba najlepiej definiują japońskie społeczeństwo, ale wielu przygodnych turystów nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Ba! Nawet ci, którzy mieszkają tu dłużej niż ważność wizy turystycznej na to pozwala, nadal mylą jedno z drugim. A potem narzekają, że Japończycy to dwulicowy i fałszywy naród. Honne określa to, co się naprawdę myśli i czuje, tatemae jest tym, co prezentuje się na zewnątrz – fasadą. Jak łatwo się domyślić, w większości przypadków jest to całkowicie rozbieżne z honne. Dlaczego tak jest? Dyktowane jest to japońskimi kanonami grzeczności, uprzejmości i dobrych manier. Po pewnym czasie można nauczyć się, jak rozpoznać, kiedy tatemae różni się od honne, a kiedy oba są takie same. Ale wymaga to wprawy, doświadczenia, talentu obserwacji i interpretacji. O wiele latwiej jest przyjąć słowa przeciętnego Japończyka za nic nie znaczące uprzejmości i w ten sposób unikać poźniej bolesnych rozczarowań. 

(...)

Różnic pomiędzy Polakami a Japończykami jest zapewne tak wiele, że wymieniając je tutaj, stworzyłabyś długą listę. A jak sprawa wygląda z podobieństwami? Są w ogóle takie? 

Japończycy to przede wszystkim ludzie. A ludzie na całym świecie są tacy sami. Bywają dobrzy, bywają źli. Bywają i wspaniali. Japończycy pracują (nie zawsze wyjątkowo ciężko), płacą podatki, zakładają rodziny, robią zakupy, żyją normalnym zwykłym życiem. Dokładnie tak samo, jak Polacy.

Czytaj dalej na: http://wazji.pl/2013/07/powiedzial-mi-ekspata-na-wsi-w-japonii/
Copyright © wAzji.pl




Dokładnie. Mimo odmiennych zwyczajów,  mimo honne i tatemae, i zupełnie innej mentalności, Japończycy to tacy sami ludzie jak wszyscy. Być może, będąc gaijinem nie zostaniesz tak łatwo zaproszony do japońskiego domostwa (zupełnie inaczej niż np. w Gruzji), ale Oni właśnie tacy są. Może i nie dowiesz się, czy sprzedawca akurat ma zły dzień, ale on wie, że w złym tonie byłoby zarażać swoim kiepskim humorem innych. Tak ukształtowała ich przeszłość, tradycja i korzenie i cieszę się, że w towarzystwie mojej Pani Pilot poznałem tak odmienny kraj. Dzięki temu człowiek patrzy trochę szerzej. Jeśli chodzi o obserwacje, to jest jedna rzecz, która Polakowi rzuca się w oczy - jest to przykład jak sprawnie może funkcjonować tak duże społeczeństwo. Nam, niepokornym Słowianom ciężko zrozumieć, że pociągi mogą być punktualne, kierowcy nie przekraczają prędkości, na ulicach może nie być śmietników, a i tak miasto będzie czyste, a dziesiątki ludzi na dworcach potrafią się ustawić w uporządkowane kolejki i nie blokować przejścia kolejnym wychodzącym dziesiątkom pasażerów. Ten kraj po prostu FUNKCJONUJE. To jest niesamowite! Tego z całą pewnością można się od wyspiarzy dużo nauczyć.




Chyba udało mi się tak umiarkowanie rozpisać. Ciekawskich zapraszamy na piwko, uwentualnie kawkę, opowiemy, a szczególnie pani Pilot opowie, o tym jak to na skraju Pacyfiku jest. Poniżej galeria zdjęć z wyprawy, jakby ktoś jeszcze nie widział ;)

Sayonara!

P.S. Raz jeszcze podziękowania dla Agatki za super wakacje oraz dla Arsoba Travel za taki bogaty i zróżnicowany program. 


ZDJĘCIA:

Japonia 2015

sobota, 3 maja 2014

Ładowanie Baterii

O Pierona, tumany kurzu jak żech tu wloz... Już tyle miesięcy nic na blogu się nie działo to się zakurzył. Trzeba odświeżyć. :) Dawno nie pisałem ale w sumie za bardzo nie było o czym. Nie żeby się u mnie nic nie działo, bo trochę się pozmieniało. Udało nam się z Agatą kupić i wyremontować mieszkanie. Dla nas to duża zmiana, ale nie uważam tego za coś o czym trzeba od razu pisać na blogu. ;) 

Zima się skończyła (co to była za zima - grill 30 grudnia...) Czas leciał, a ja nie ukrywam, że już odliczałem do majówki. Baterie jechały już na rezerwie i góry zaczęły wzywać. Tym razem padło na Bieszczady. Ostatnio byliśmy tam w zimie, a już prawie zapomnieliśmy jak wyglądają latem, więc nie trzeba było się wzajemnie namawiać. Niestety obowiązki zmusiły nas do skrócenia wyjazdu i wyszła właściwie przedmajówka, ale patrząc po dzisiejszej pogodzie to może nie był to taki zły termin. Spędziliśmy tam 5 ostatnich dni kwietnia.

Jakoś tak wyszło, że noclegi rezerwowałem dopiero w czwartek, ale w miarę szybko udało się załatwić kwaterę w Ustrzykach Górnych i jeden nocleg w Schronisku Jaworzec. Pakowanie też zostawiłem sobie na sam koniec - takie mi zostało przyzwyczajenie z delegacji (przy częstych delegacjach odkładałem ile się dało ten przykry obowiązek). 

Ruszyliśmy więc w sobotę z rana i przy małym ruchu dość sprawnie pokonaliśmy trasę po drodze spontanicznie zatrzymując się jeszcze w Rezerwacie "Skamieniałe Miasto" w Ciężkowicach. Bardzo fajne miejsce, ciekawe formacje skalne - jeśli będziecie mieli kiedyś okazję, to odwiedźcie to miejsce.


Rezerwat Skamieniałe Miasto
Wiedzieliśmy, że pierwszego dnia nie ma sensu pchać się na dłuższą trasę, więc po drodze robiliśmy sobie przystanki na co ciekawsze keszyki: cerkiew, malownicze potoki itp. Zabraliśmy po drodze stopem dwojga młodych ludzi (można chyba powiedzieć że punkowców). Wybierali się do Siekierezady na koncert zespołu Denaturat '96  :D w którym grał brat dziewczyny - oszczędziliśmy im ładne kilka kilometrów marszu. Spytali, czy nie reflektujemy na koncert, ale to chyba jednak nie nasze klimaty, zważywszy, że przyjechaliśmy tu raczej się wyciszyć, a nie odwrotnie. Swoją drogą nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem punkowca, ale skoro jeszcze są w Bieszczadach to chyba nie jeszcze nie wyginęli. ;) Rezerwat, można powiedzieć. Drugiego dnia bez zbędnych ceregieli wyruszyliśmy na Caryńską i jakoś tak fajnie się szło, że zrobiliśmy tego dnia trasę: Ustrzyki Górne, Połonina Caryńska, potem odbicie na Schronisko pod Rawkami, tam dobra zupka, potem Mała, Wielka Rawka, kurs do i z Krzemieńca (trójstyk granic), i powrót do Ustrzyk. W sumie przeszło 25 km. Dodać jeszcze muszę, że na Caryńskiej nie dość, że strasznie wiało i piździało to jeszcze zaczął padać deszcz. Po zejściu z połoniny jednak przestało wiać, a pod koniec dnia pojawiło się nawet Słońce. I pogoda towarzyszyła nam już do końca pobytu.


W drodze na Krzemieniec

Trzeci dzień to niewiele krótsza trasa, bo pętla z Ustrzyk czerwonym szlakiem przez Szeroki Wierch na Tarnicę, niebieskim do Wołosatego i spacer z powrotem asfaltówką. Studnia w Wołosatem jak stała tak stoi. ;) Jak zobaczycie na zdjęciach, w wyższych partiach Bieszczad przyroda później budzi się do życia i momentami było wręcz jesiennie. Chwilami ukraińskie Bieszczady wydawały nam się jakieś bardziej zielone. Jak to mówią: "trawa jest zawsze bardziej zielona po tej drugiej stronie". Zielonych Bieszczad jednak również zasmakowaliśmy w kolejnych dniach. Trasa na Tarnicę zeszła dość szybko przy rozmowie z poznanym na szlaku kolegą z Jackiem. Pomógł jeszcze trochę pokeszować na szczycie i potem każdy ruszył w swoją stronę. 


Widok z Tarnicy
Czwartego dnia było kilka mniejszych przystanków i trochę sobie pomogliśmy podjeżdżając pod cel samochodem. Nie było to pójście na łatwiznę, bo i tak czekał nas 6 kilometrowy spacer. Dzisiaj celem była nieistniejąca wieś Dydiowa, a właściwie to chata Dydiówka. O miejscu tym dowiedziałem się oczywiście przez Geocaching, a z racji, że na mapie nie było oficjalnego szlaku nadarzyła się okazja przetestować nowego Garmina. Dydiowa to nazwa nieistniejącej wioski pod samą granicą ukraińską, znajdująca się niegdyś w zakolu Sanu. Podobnie jak i wiele innych tak i ta wioska opustoszała w związku z wysiedleniami i dziś jedynym pozostałym zabudowaniem jest bacówka należąca do pewnego profesora UJ. Chatka ta jest otwarta i można w niej przenocować. Nie mieliśmy takiego zamiaru, chociaż może z harcującymi myszkami byłoby ciekawie. Swoją drogą nadmienić należy, że myszy buszowały po całych Bieszczadach. Ściółka praktycznie wszędzie szeleściła od tych gryzoni i wystarczyło się zatrzymać na chwilę, a miało się wrażenie, że cały las wokół "chodzi". W chatce ciekawą lekturą był pamiątkowy zeszyt - byli i tacy co spędzali w Dydiówce Wigilię! Polecam to miejsce każdemu kto odwiedzi Bieszczady, choć dojście tam nie jest pewnie dla każdego. Momentami błoto na wyjeżdżonej przez ciężarówki z drewnem ścieżce sięgało kolan. Trafiliśmy też na patrol straży granicznej, która nie rzucając się w oczy, jest jednak w Bieszczadach obecna. 


Dydiowa 1, czyli Dydiówka


Po drodze jeszcze obiad w Siekierezadzie i ten dzień zakończyliśmy w Schronisku Jaworzec, gdzie czekał nas nocleg unplugged. Jedynie kilka ledówek dla oświetlenia łazienki i korytarza, świece, i ciepła woda przez pół godziny dziennie. Piwko nad górską rzeką, spacer po pozostałościach pobliskiej wioski (w tym dość mroczny cmentarz) i tylko szum wody. Też fajne miejsce, chociaż ze zmęczenia poszliśmy dość wcześnie spać i jakoś nie było nam dane poczuć tych "schroniskowych wieczorów" przy gitarze. 

Schronisko Jaworzec



Ostatniego dnia poszwendaliśmy się jeszcze po okolicach zalewu Solina, obowiązkowo odwiedzając Tamę. Tam juz trochę mniej bieszczadzko. Ewidentnie właściciele kramików i restauracji przygotowywali się na majowy atak turystów. Nam całe szczęście udało się uniknąć tej masy ludzi, czego dowodem mogą być chociażby korki, które mijaliśmy w przeciwnym kierunku podczas powrotu. Zakopianka, bramki na A4, jeszcze jakiś wypadek - pozdrawiam kierowców stojących w kilometrowych kolejkach. Udało nam się uszczknąć klimatu Bieszczad, a nawet skubnąć trochę Bieszczad zapomnianych. Dodam jeszcze, że zrobiliśmy sobie postój w Sanoku, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć galerię prac Zdzisława Beksińskiego i to była dla mnie nie lada gratka. Przedmajówka na plus, baterie naładowane. Relacja krótka bo i wyjazd krótki, a zresztą kto by to czytał. ;) Poniżej jeszcze link do wszystkich zdjęć. Koniecznie zobaczcie:

Bieszczady - galeria zdjęć

sobota, 31 sierpnia 2013

Romano w Romanii (część III)

[Minął już przeszło miesiąc od powrotu z urlopu, wypadałoby więc dokończyć relację z wakacji zanim jeszcze dzieci pójdą do szkoły. ;) ] 

VAMA VECHE


Na czym to ja skończyłem ostatnio? Aaa, ruszyliśmy do półmetka trasy, a zarazem do miejsca gdzie mieliśmy zamiar zawrócić - Vama Veche. Najpierw może krótko o tym, czym jest to miejsce. Otóż Vama Veche od zawsze różniło się od pozostałych nadmorskich miejscowości, właściwie to nawet nie ma go na wielu mapach. Niewielka wioska położona niedaleko granicy z Bułgarią zawsze rządziła się trochę innymi prawami. Już za czasów Nicolae Ceauşescu ludzie zjeżdżali się do tej miejscowości, aby wypocząć. Ale nie byli to zwyczajni turyści. Vama Veche przyciągała głównie zbuntowaną młodzież, hipisów, ludzi, którzy w różny sposób bywali wyjątkowi i odstawali od reszty społeczeństwa. Przez lata miejscowość obrosła legendą i do dziś dużo w tej legendzie prawdy. Co ciekawe za czasów komunistycznego reżimu ta mała wioska rybacka jakby z premedytacją została zostawiona w spokoju. Władze z jakiegoś powodu (być może dla świętego spokoju) tolerowały ludzi, którzy zjeżdżali się do tej nadmorskiej miejscowości. Zainteresowanych dalszymi szczegółami n/t Vama Veche odsyłam do dość fajnego artykułu TUTAJ. Krótko mówiąc, ta mała przygraniczna wioska ma zupełnie inny klimat. Nie ma tu taniego blichtru i hałasu z Karaoke, są za to rozmaici ludzie, których można by po prostu określić mianem "wolnych". Nie byliśmy co prawda w szczytowym okresie kiedy to odbywa się tu coroczny festiwal, ale może dzięki temu bardziej udzieliło nam się leniwe tempo tego miejsca. Nie było tam pól namiotowych, każdy rozbijał się gdzie miał ochotę, na plaży obok "tekstylnych" bez awantur i problemów leżeli sobie nudyści i nikt nikomu nie przeszkadzał. Wiele namiotów rozbitych było po prostu na piasku, obok siebie obozowali młodzi i starsi (niektórzy pewnie byli kiedyś hipisami :D ), trochę jak na Woodstocku tylko chyba o wiele ciszej i spokojniej. 

Znalazło się i dla nas miejsce na namiocik, więc po rozbiciu od razu udaliśmy się na plażę. W takich właśnie okolicznościach zamoczyliśmy się po raz pierwszy (no, Agata po raz drugi) w Morzu Czarnym. Klimat tego miejsca bardzo nam się udzielił, dość powiedzieć, że pół dnia spędziliśmy sącząc piwko na fasolowych pufach w knajpie, a drugie pół oddając się smażingowi. Można też powiedzieć, że ta knajpa trochę nas uratowała od strony hmm... higienicznej. Trochę daleko do kibelka, ale przynajmniej w cywilizowany sposób. ;) Mimo to, złożyło się tak, że niezbyt długo zabawiliśmy w Vama Veche. Słońce dało mi popalić i musiałem sobie trochę od niego odpocząć, a i przydałby się jakiś niesłony prysznic. Trochę zasmuceni ruszyliśmy więc dalej zwiedzać Rumunię, przy okazji jednak chcieliśmy zrobić jeszcze jeden skok w bok, a mianowicie do Bułgarii. Będąc 2 km od granicy grzechem byłoby tam nie zawitać. Postanowiliśmy, że podjedziemy do pierwszej miejscowości za granicą, ewentualnie zobaczymy czy mają równie ciepłe morze i ruszamy dalej. Zaraz za granicą przywitała nas cyrylica i informacja, że wszystkie drogi (podobnie jak w Rumunii) są objęte winietami. Zjechaliśmy więc szybko w boczną drogę wiedzeni napisem "To the Sea". Droga tak sobie szła i szła, aż skończył się asfalt a zaczęło szczere pole. 

Po piętnastu minutach stwierdziłem, że jak za kolejnym pagórkiem nie będzie morza to zawracamy z tej Bułgarii i... no nie było. :D Tylko kukurydza. Być może Bułgaria jest pięknym krajem, ale nie było nam tego dane zobaczyć. Kto wie, może kiedyś? Zwrot o 180 stopni, szybka ucieczka przed winietami z powrotem do Rumunii i już jedziemy na północ wzdłuż wybrzeża. Jeszcze nie do końca zdecydowani co do kolejnego noclegu udaliśmy się do nadmorskiej miejscowości o nazwie Konstanca. Miasteczko to ma bogatą historię, bo już od czasów starożytnych był to jeden z największych portów na szlakach handlowych Morza Czarnego. Spodziewaliśmy się klimatycznego miasteczka portowego podobnego do tych śródziemnomorskich, ale trochę się rozczarowaliśmy. Nie dość, że zaczęła psuć się pogoda, to praktycznie cała historyczna starówka stała się wielką unijną inwestycją. Co druga uliczka to plac budowy, a całe miasto zdawało się być trochę "przykurzone". 


Cóż, najprawdopodobniej miasteczko ma swój urok, miejsca takie jak nadmorskie kasyno nadal robią wrażenie, ale my trafiliśmy tam zupełnie nie w porę. Pogoda coraz bardziej straszyła, postanowiliśmy więc pożegnać się z morzem i ruszyliśmy z powrotem na zachód uprzednio konsumując rybkę w restauracji (chcieliśmy morską, ale jak na złość wybraliśmy pstrąga). Stosunkowo krótka wizyta nad Morzem Czarnym pozostawiła trochę niedosytu, ale jak się później okazało nie była to zła decyzja. W końcu przed nami jeszcze dużo do zwiedzenia.

RZECZ O STOSUNKACH POLSKO-IRAŃSKICH

Ogólnie rzecz biorąc kierowaliśmy się z powrotem na zachód, śmignęliśmy autostradą przez Bukareszt, aby ponownie znaleźć się po południowej stronie Karpat. W tym rejonie nie zostało nam już dużo do zobaczenia, ale postanowiliśmy zrobić jeszcze przystanek, żeby nie spędzać dwóch dni pod rząd w samochodzie. Nazajutrz czekała nas przeprawa Transalpiną, więc wypadałoby stawić się na tej trasie wypoczętym. Z przewodnika wyczytaliśmy, że w niewielkiej miejscowości Horezu, będącej mniej więcej na trasie, znajduje bardzo znany zabytkowy monastyr, który zresztą jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na liście znaleźliśmy również niedaleko położony camping. Ponieważ z wybrzeża wyruszyliśmy popołudniu, to do celu dojeżdżaliśmy już właściwie wieczorem. Trasa z autostrady zmieniła się w zwykłą drogę krajową, która przez większość czasu prowadziła nas przez wioski, więc toczyliśmy się leniwym tempem pomiędzy tirami i Daciami. Słońce chyliło się już ku zachodowi, ostro dawało po gałach, więc i nam udzieliło się trochę zmęczenie. Zgodnie z postanowieniem nie używaliśmy nawigacji i przez tą monotonię w pewnym momencie przegapiliśmy skręt na skrzyżowaniu. Nie chcąc gwałtownie hamować postanowiłem podjechać jeszcze kawałek i poszukać miejsca do zawrócenia. Po lewej stronie drogi zauważyłem podjazd do posesji więc wrzuciłem kierunkowskaz i najnormalniej w świecie zacząłem sobie spokojnie skręcać. W momencie kiedy byliśmy już w połowie skrętu na lewym pasie, usłyszeliśmy za sobą pisk opon i klakson. Potem już tylko sekunda, uderzenie z tyłu i stoimy poobracani na wspomnianym wcześniej podjeździe. TIR... Chwilowy szok, patrzymy na siebie z Agatą z niedowierzaniem, całe szczęście nic nam się nie stało. "No to po kurna, po urlopie" - wycedziłem przez zęby - "skoro TIR, to pewnie mamy pozamiatane". Z okolicznych domów momentalnie powybiegali tubylcy, a my jeszcze trochę oszołomieni wyszliśmy zobaczyć efekty. W tym momencie trochę się uspokoiłem, bo zobaczyłem, że poszło w blachę, zderzak i reflektor - geometria samochodu praktycznie nienaruszona, więc jak na tira, to mogło być dużo gorzej. Jeden rzut oka na drugi pojazd i od razu skojarzyliśmy - jakieś 15 minut wcześniej wyprzedzaliśmy tą ciężarówkę, a zapadła nam w pamięć, bo rejestracja była dość specyficzna - trafił nam się kierowca z... Iranu. Chyba jeden Irańczyk w całej Rumunii i musiał prawie nam do d... wjechać. Irańczyk w średnim wieku wyskoczył z kabiny i od razu uraczył nas dość ciekawą mieszaniną niemieckiego, rosyjskiego i angielskiego. Coś tam gestykulował, że "jak możemy tak gwałtownie hamować", że "tak się nie robi", ale na moje oko to po prostu zagapił się  (zwalniałem moim zdaniem dość spokojnie) i kiedy się zorientował próbował odbić na lewo, ale my z racji skrętu również znaleźliśmy się na tym pasie. No i peszek.

Stłuczka w obcym kraju, z gościem nie da się dogadać, a jeszcze coś przebąkuje, że to moja wina, więc nie pozostało nam nic innego jak zadzwonić na policję. Tutaj mógłbym się sporo rozpisać, ale streszczę się, bo to nie o wpis o policjantach. Ogólnie rzecz biorąc, funkcjonariusz, który pierwszy przyjechał na miejsce okazał się bardzo w porządku. Dobrze mówił po angielsku, wysłuchał co mamy do powiedzenia, (albo pogestykulowania) i od razu uznał winę pana z ciężarówki, bo nie zachował odpowiedniej odległości. Zapewnił mnie również, że dostanę wszystkie potrzebne dokumenty (w tym dokument upoważaniający do jeżdżenia autem 30 dni do czasu naprawy), ale niestety po rumuńsku... Teoretycznie więc w drodze powrotnej na Węgrzech, Słowacji, albo nawet w Polsce mogą nam przy kontroli tego kwitu nie zaakceptować i narobić problemy. Potem przyjechał drugi policjant i kazał nam jechać za nim na posterunek, gdzie dopełnią formalności. Irańczyk pojechał radiowozem, bo tirem byłoby dość kłopotliwie. Tutaj mimo wszystko było całkiem wesoło, bo panu z Iranu trza było palcem pokazywać, gdzie jakie dane wpisać, a w dodatku część jego dokumentów była pismem arabskim. Dostałem więc protokół i papiery po rumuńsku, a skany dokumentów sprawcy po irańsku. Podczas późniejszych wizyt u blacharzy ludzie dziwili się tej niecodziennej kombinacji. Na marginesie dodam, że Iran przez to, że nie jest w Unii Europejskiej, ma o wiele bardziej zawiłe procedury przy odszkodowaniach. Ciągną się do teraz, a pewnie jeszcze dość trochę to potrwa... Ale wracając do tematu... Pan z ciężarówki załamany, nie miał w ogóle rumuńskich pieniędzy (nawet mandat mu darowali, żeby już nie marudził), powtarzał wciąż, że brakuje mu jakiegoś zaświadczenia odnośnie tachografu, że bez tego szef go zaczasnie, poza tym policjant z którym rozmawiał na początku powiedział mu, że go zawiozą z powrotem na miejsce zdarzenia, a po całej sprawie policjant od papierów powiedział mu, że "on ma fajrant i ma sobie wziąć taksówkę". Irańczyk załamany, zrobiło nam się go szkoda i skończyło się tak, że do zapakowanego po dach auta zabraliśmy jeszcze jego i odwieźliśmy go pod ciężarówkę. A nie było łatwo - z protokołu mieliśmy tylko nazwę miejscowości, bo z tego całego zamieszania nikt nie zapamiętał drogi na komendę. Była 22:30, więc już ciemno, a okolica to jedno wielkie zad...e. W końcu po podwójnym okrążeniu okolicznych miejscowości znaleźliśmy to pechowe miejsce, koleś podziękował za podwózkę, powiedział coś w stylu "Polak - Irańczyk, friends",  salamalejkum i tak się rozstaliśmy. 

Taka to przygoda nas spotkała. Dopiero po 23:00 mogliśmy ponownie wrócić na trasę, całe szczęście nie zostało nam już dużo kilometrów, bo jeżdżenie po Rumuńskich wioskach nocami nie należy do najbezpieczniejszych. Chodzi mi tu głównie o niespodzianki typu nieoświetlona furmanka, przyczajona dziura itp. Około 23:30 dotarliśmy pod kemping. Były to właściwie małe drewniane budki, wyglądające trochę jak beczki, które wynajmował turystom właściciel pobliskiego baru. Przepraszam - mordowni. Na wejściu do knajpy uderzyła nas siekierowa atmosfera lokalu. Barman - recepcjonista nie mówił ani po angielsku ani po niemiecku, całe szczęście z pomocą przyszedł jeden z miejscowych, jakiś chłopak 1,50 m wzrostu, ledwo wystawał nad bar, ale 2-3 słowa znał i powiedział nam, że namioty nie bardzo, ale mają tanio te drewniane budki. I rzeczywiście tanio, więc tej nocy, po przygodach, nie musieliśmy się już przynajmniej rozbijać i pompować materacy. Dzień nas strasznie wymęczył więc zasnęliśmy tej nocy niemal od razu. Następnego dnia po śniadaniu udaliśmy się w końcu do zamierzonego celu, czyli do Horezu.
Była to miła odmiana po wcześniejszych perypetiach, a cisza panująca w tym miejscu dała nam odrobinę spokoju. Przypomnieliśmy sobie dlaczego tak nam się podobało w historycznym Siedmiogrodzie. Pora tam wracać.

TRANSALPINA


Aby wrócić do Transylwanii, trzeba najpierw przedostać się z powrotem na północ przez góry. W końcu przyszedł czas na słynną Transalpinę. Transalpina to potoczna nazwa drogia krajowej DN67C, która przecina z północy na południe Góry Parâng, należące do pasma Karpat. Jest to najwyżej położona droga w Rumunii (na przełęczy Urdele osiąga 2145 m.n.p.m). Pod względem widoków i wrażeń nie ustępuje trasie Transfogaraskiej, a przez to, że jeszcze nie wszystkie jej odcinki są ukończone (do niedawna była dostępna tylko dla samochodów terenowych), to jest na niej mniejszy ruch i trochę spokojniej. 


Zaczęła się mozolna wspinaczka po serpentynach i znów z każdym zakrętem pojawiały się coraz ciekawsze widoki. Nie ma co się na ten temat rozpisywać - musicie zobaczyć zdjęcia, choć i one nie oddają tej przestrzeni. Na trasie spotkaliśmy również Polaków na rowerach. Jeśli dobrze pamiętam to byli to studenci z Krakowa, którzy przejeżdżali przez Rumunię w drodze na południe Europy. Wrażenia opisywali tak: wjechać masakra, ale dla takich widoków warto. Podziwiam. ;) Trochę dalej, po jakiejś godzinie drogi musieliśmy się zatrzymać gdyż na drodze urzędowało stado osiołków. Nie obyło się bez zapłaty myta - dopiero wtedy mogliśmy jechać dalej. Zobaczcie zresztą sami: 


Ta trasa naprawdę zrobiła na nas wrażenie, popołudniu, już gdzieś po północnej stronie Karpat, zatrzymaliśmy się nad rzeką na polowy obiadek. Cisza, spokój, tylko szum potoku - no żyć nie umierać.


Z POWROTEM W SIEDMIOGRODZIE

Pożegnaliśmy się z Transalpiną i wieczorem wylądowaliśmy na znajomym polu namiotowym, gdzie właściciele wcześniej doradzali nam przy planowaniu podróży. Zatoczyliśmy więc dość duże koło. Tutaj spędziliśmy wieczór przy piwku, ogarniając też trochę samochód. Zachciało mi się nastawić popękany klosz z lampy i pech chciał że zewnętrzna część klosza została mi w ręku. :D Nazajutrz musieliśmy więc pomyśleć o jakimś prowizorycznym zamocowaniu. Najpierw opcja sznurek, potem opcja Superglue (przy 35 stopniach wyparował szybciej niż wylatywał z tubki), uratował nas w końcu Poxipol. Pokleiłem, 10 minut poschło i jeździ do dzisiaj. ;) Naprawione, więc mogliśmy ruszyć dalej. Jeszcze dużo miejsc w Transylwanii czeka na naszą wizytę. Po drodze zatrzymywaliśmy się w kilku ciekawych miejscach m.in. w wioskach, w których istnieją zabytkowe saskie kościoły warowne - dość rzadko spotykane budowle sakralne o charakterze obronnym.


Transylwania, czy też Siedmiogród to jest właśnie Rumunia, którą będę pamiętał - zabytkowe miasteczka, ciche rolnicze wioski i rewelacyjna przyroda otaczająca ze wszystkich stron. 

Kolejnym dużym przystankiem była Sighișoara, jedno z najbardziej znanych malowniczych miasteczek Siedmiogrodu. To tutaj, urodził się Vlad Drakul - ojciec Vlada Palownika. Samo miasteczko przypadło nam do gustu. Czas płynie tu swoim leniwym tempem, kolorowe kamienice zapadają w pamięć, a dodatkowo kemping był w miejscu, z którego rozpościera się widok na całe miasto. Co ciekawe na wzgórzu przy polu namiotowym, jest niemiecka restauracja gdzie mają tylko niemieckie piwo. Mniejszość niemiecka w tym rejonie jest bardzo duża, a to za sprawą pojawienia się  niegdyś na tych ziemiach Sasów. Kiedyś wydawało mi się, że język angielski wystarczy w zupełności w podróży, ale jak się okazuje równie przydatny jest niemiecki.


Innymi miastami, które zobaczyliśmy były m.in. Târgu Mureș, Mediaș, aż w końcu zatrzymaliśmy się nieopodal miasta Kluż (po rumuńsku: Cluj-Napoca). Miasto to można przyrównać do Wrocławia. Dzięki uczelniom wiele tu młodzieży, a co za tym idzie życie kulturalne kwitnie tutaj nawet w wakacje. Miasto również bardzo ładne, a my spędziliśmy w tej okolicy 2 noce, a to z jednego powodu. Mianowicie, w kilku z wcześniejszych miasteczek widzieliśmy plakaty reklamujące festiwal Peninsula - dość duże kilkudniowe wydarzenie muzyczne. Kilka scen, różne atrakcje, a mnie na ten festiwal przyciągnął Modestep, który miał grać na żywo. Zasięgnęliśmy trochę informacji i w końcu kupiliśmy bilet na jeden dzień - sobotę. Na festiwalu jak to na festiwalu, w każdym kącie inna muzyka, piwko, były ciężkie klimaty, było coś do poskakania i była też scena kameralna. Do tego różne eventy, trochę sportu i ogólnie dla każdego coś by się odpowiedniego znalazło. 

Sam koncert Modestep, z racji tego że był dopiero o 24, nie okazał się jakimś super show. Owszem był kop i tusty wpiernicz, ale tak naprawdę atrakcją tego wieczoru był dla nas inny zespół - N.O.H.A ( tak to ci od Tu Cafe). Jak już pisałem kiedyś na FB, zespół na żywo jest nie do przebicia, nie da się stać w miejscu na ich koncercie, perkusista daje czadu z szybkimi brejkami, a wokalistki zbierały brawa już przy próbie mikrofonu. Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję zawitać na ich koncercie to z czystym sumieniem polecam. Energia w czystej postaci.


Niedzielę po festiwalu raczej przeleżeliśmy, przejechaliśmy trochę na północ, ale to jeszcze nie był powrót. Ostatnim naszym przystankiem była Săpânţa, czyli słynny i jedyny w swoim rodzaju wesoły cmentarz. Jest to nekropolia, na której tradycją stały się rzeźbione w drewnie, kolorowe nagrobki, które w krótkim, często dowcipnym wierszyku opowiadają historię osoby, która została pochowana. Zmarli mieszkańcy często są przedstawiani przy wykonywaniu swoich codziennych zajęć, przy pracy, ale są też nagrobki przedstawiające np. śmierć danej osoby. Więcej na ten temat znajdziecie n.p. tu: http://www.tpr.pl/

Miejsce również warte zobaczenia - tam spędziliśmy ostatnią noc i w poniedziałkowy poranek ze smutkiem, że to już koniec wyruszyliśmy w drogę powrotną do Polski. 

Last but not least:
PONIŻEJ ZAMIESZCZAM LINK DO GALERII PICASA GDZIE ZNAJDZIECIE WSZYSTKIE ZDJĘCIA Z TEJ WYPRAWY. ZAPRASZAM SERDECZNIE DO OBEJRZENIA. 


pozdr. 

RL!



Free Blogger Templates by Isnaini Dot Com and BMW Cars. Powered by Blogger