"gonna go far, with charisma and skill until they put my face on a million dollar bill"
Slug

niedziela, 11 sierpnia 2013

Romano w Romanii (część II)


[Znów wylądowałem na (tym razem kilkudniowej delegacji) w okolicach Ravensburga, przyszła właśnie taka burza, że w ciągu dwóch minut zrobiło się na dworze ciemno, mamy więc idealną pogodę na blogowanie.]



Pierwsza część relacji skończyła się na zwiedzaniu jaskiń i malowniczych okolic Beiuş. W czwartkowy poranek wracamy więc na trasę, by odkrywać Siedmiogród. Kierujemy się dalej na południowy-wschód w stronę masywu Karpat. Pierwszym przystankiem w słynnej Transylwanii jest miasteczko Hunedoara.

SIEDMIOGRÓD
Hunedoara to przemysłowe miasto będące stolica okręgu o tej samej nazwie, które słynie głównie z imponującego średniowiecznego zamku Jana Hunyadego. Zamek jest jednym z najbardziej znanych symboli węgierskiego panowania na tych ziemiach, jednak krajobraz okolicy kontrastuje ze wspaniałymi fortyfikacjami gdyż za czasów Ceauşescu miasto przekształcono w wielki kombinat górniczo-hutniczy. Widoki z zamku szpecą więc betonowe molochy i straszące na horyzoncie kominy. Sam zamek jednak robi wrażenie - Jan Hunyady - węgierski magnat i dowódca wojsk przebudował niewielką twierdzę w imponujący zamek, który w dobrym stanie zachował się do dziś. Na zamku gwarno, gdyż organizowano na nim właśnie koncert operowy i próby trwały w najlepsze. Zwiedzanie zamku od czasu do czasu urozmaicał więc żeński sopranowy śpiew.



Drugim przystankiem tego dnia było miasto Alba Iulia, które byłoby przeciętnym siedmiogrodzkim miastem, gdyby nie to, że w jego centrum wznosi się ogromny bastion na planie siedmioramiennej gwiazdy. Jego mury mają w sumie 12km, a samo obejście obiektu, aby dostać się do wewnętrznego, górnego miasta zajmuje dobre pół godziny. Wewnątrz znajdują się m.in. katedry: prawosławna oraz katolicka, biblioteka i wydziały uniwersyteckie. 

Dość długi spacer w 30-stopniowym upale po twierdzy trochę dał się we znaki, więc z ulgą wsiedliśmy do klimatyzowanego Korsiaka i pognaliśmy w stronę kolejnego miejsca noclegu. Z listy wybraliśmy spokojny kemping w niewielkiej miejscowości Salişte u podnóża Karpat. Jest to dobry punkt startowy na "Transalpinę", jednak postanowiliśmy najpierw pokonać Karpaty Trasą Transfogaraską, a najwyżej w położoną w Rumunii drogę zostawiliśmy sobie na deser. Po drodze jednak zaplanowaliśmy wizytę w Sibiu (czy też Sybinie) - mieście, które, można powiedzieć, jest rumuńskim odpowiednikiem naszego Krakowa. Ale to jutro. Kemping okazał się bardzo fajnym miejscem, gdzie właściciel był się bardzo gościnny, doradził odnośnie dalszej podróży, można było pograć w pingla czy w darta, a kibelki czyste i zadbane. Po ostatniej kąpieli w rzece, ciepła woda była miłą odmianą. ;) Rano śniadanko, ząbki, pakowanie namiotu i udajemy się do Sibiu. Miasto bardzo ładne, rzeczywiście można się poczuć trochę jak w rodzimym Krakowie, a dodatkowo na rynku znaleźliśmy się punktualnie o jedenastej (nad ranem :D ), a tak się złożyło, że o tej godzinie startował tam wyścig kolarski, którego trasa przebiegała, jak się później okazało, właśnie po trasie Transfogaraskiej. Wspinając się serpentynami mijaliśmy wracających kolarzy. Była również polska ekipa kolarska CCC. Na rynku zjedliśmy coś z tradycyjnej kuchni rumuńskiej, a przy okazji spróbowaliśmy również słynnej mamałygi. 

Nie spieszyliśmy się zbytnio ze zwiedzaniem, ale ułożyło się tak, że jeszcze nie tak późnym popołudniem ruszyliśmy drogą, która miała nam umożliwić widowiskowe pokonanie Gór Transfogaraskich. Po pół godziny jazdy na horyzoncie przed nami zamajaczyły trochę zachmurzone szczyty, których zboczami mieliśmy przejechać.

TRASA TRANSFOGARASKA
Jechaliśmy na południe, a droga robiła się coraz bardziej kręta i stroma. Od czasu do czasu przejechała jakaś Dacia, albo jeden ze wspomnianych wcześniej kolarzy. Wspinaliśmy się i wspinaliśmy, a z każdym kolejnym zawijasem pojawiały się coraz lepsze widoki. Co zakręt chciało się zatrzymać i robić zdjęcia, bo widoki zapierały dech w klacie. Od północnej, zachmurzonej strony minęliśmy parę stadek owiec, kilka namiotów i parę młodą, która miała akurat sesję na skałach. 

Zastanawialiśmy się czy nie zatrzymać się przy jeziorze Balea Lac i tam nie spędzić jednego dnia, na szlaku pieszym, ale chyba dobrze, że nie nocowaliśmy tam, bo jak się później okazało, noce w tych górach są niebywale zimne. Północne stoki, mimo, że bardzo malownicze, to jednak nie zachęcały do nocowania u ich podnóża. Przebiliśmy się tunelem przez najwyższe pasmo i wyjechaliśmy od południowej - bardziej nasłonecznionej strony. Tu również co chwilę musiałem się zatrzymywać, żeby uwiecznić te widoki.
Chyba najładniej było na przełęczy w pobliżu ruin schroniska, które w ubiegłym wieku kilkukrotnie zostało strawione przez pożary. Ze wzniesienia ponad schroniskiem roztaczał się niebywały widok.
Agata zasiadła za kółkiem, a ja pokręciłem jeszcze trochę filmów, bo zdjęcia chyba nie do końca ukazują tą przestrzeń, i tak zjechaliśmy w niższe partie gór, aż dojechaliśmy do jeziora  Vidraru. Błyszcząca w Słońcu tafla wody zachęcała do kąpieli, jednak na całej długości brzegu nie było możliwości zejścia do wody, więc nie było mowy o zamoczeniu tyłków. Jak się później okazało jest to zbiornik sztuczny, gdyż na jego końcu była sporych rozmiarów zapora, która nazbierała zresztą trochę śmieci i skutecznie odebrała nam chęci do kąpieli. Na południe przejeżdżało się tunelem pod szczytem, by dalej kontynuować jadąc coraz niżej zieloną dolinką. Trasa nas trochę wymęczyła, a zbliżała się zimna noc, więc trzeba było poszukać miejsca do przenocowania. Znaleźliśmy kilka ładnych miejscówek nad potokami, ale przy każdej z nich wisiała tabliczka, z której zrozumieliśmy, że nocowanie w tym miejscu jest stanowczo odradzane ze względu na częste wizyty misiów.  Domyśliliśmy się po występującym na tabliczkach wyrazie "Ursi", czy jakoś tak, a skojarzyliśmy z królującym w Rumunii piwie Ursus, którego nazwa znaczy ni mniej, ni więcej tylko właśnie niedźwiedzia.  Z misiami nie ma żartów. Od spotkanego jeszcze na zaporze Polaka dowiedzieliśmy się, że parę kilometrów dalej jest miejsce gdzie widział namioty. Okazało się, że jest to tzw. ekokamping tzn. że biwakując z namiotem nie płacisz, a opłata (10 lei, czyło ok. 10PLN) jest wymagana tylko w przypadku wjazdu na pole samochodem. Wieczorem przyjechał koleś w leciwej Dacii i pozbierał od nas i od paru innych obozujących po dyszce. My rozbiliśmy się trochę wyżej w górę potoku, natomiast niżej z czasem pojawiło się kilka samochodów, głównie rumuńskich turystów.
[w tym miejscu zostałem zmuszony do przerwania pisania, a to za sprawą nagłego ciążenia powiek. Cóż, jutro praca - siła wyższa. Pisanie kontynuuję w niedzielę 11 sierpnia ;) ]

Po polu, podobnie zresztą jak w całej Rumunii, latało kilka bezpańskich psów i sępiły resztki jedzenia. Ale nie były natrętne i jak się je olało to odchodziły. Bardziej interesowali je inni obozowicze m.in. ci grillujący. Wykąpaliśmy się w rzece, a że dolinka już nie była skąpana w Słońcu, to było delikatnie mówiąc "rześko". Powoli robiło się ciemno, więc dopiliśmy Tokaja i zbieraliśmy się do spania. Niżej przy rzece nazbierało się dość sporo biwakowiczów, słychać było nawet lekki gwarek, cieszyliśmy się zatem, że nasz namiot był trochę na uboczu. Przyszła noc, całkiem zresztą zimna. Trzecia nad ranem i budzi nas dość głośny huk od strony obozowiska, jakby strzał z pistoletu, albo strzelby. Słychać głośne męskie krzyki i jeszcze jeden wystrzał. "Ja pier***, niedźwiedzie" - myślimy sobie - "pewnie przyszły pod namioty szukać jedzenia". Nasłuchujemy. Słychać jakieś pokrzykiwania. Nieśmiało wystawiam głowę z namiotu i w oddali widzę migające światła latarek i sylwetki zdezorientowanych ludzi. Jakoś nie bardzo miałem ochotę iść tam i pytać co się stało, obserwowałem więc co się dzieje, ale widać było, że stopniowo znikają snopy światła i ludzie wchodzą z powrotem do namiotów. Najprawdopodobniej jakiś domorosły "myśliwy" chciał odgonić od swojego namiotu psy, a jeszcze sobie pewnie popił i mu odwaliło... Rano na ekokempingu nie było widać żadnego poruszenia - jakby nic się nie stało. Niemniej jednak za szybko tej nocy nie zasnąłem. 

POŁUDNIE KRAJU I BUKARESZT

Rankiem okazało się, że obozowaliśmy niemalże pod jedną z zaplanowanych atrakcji - pod ruinami zamku Poienari. Zamek nie był za duży, zresztą zostały się już tylko ruiny, jest on jednak wart wspomnienia, ponieważ w przeciwieństwie do "komercyjnego" zamku w Braniu, tutaj naprawdę przebywał (a właściwie ukrywał się przed Turkami) słynny Vlad Palownik. Nie będę się tu rozpisywał o jego historii - jeśli ktoś jest ciekawy, to na pewno znajdzie jego barwny życiorys w internecie. Niezorientowanych oświecam, że to właśnie ta postać była pierwowzorem literackiej postaci Hrabiego Drakuli. Vlad Palownik nie miał lekko, żył w czasach, w których zabijało się by nie zostać zabitym, otaczały go wieczne spiski i knowania, ale trzymał się twardo. Ostatnie dni przed pojmaniem, spędził właśnie na zamku Poienari. Nie mogliśmy zatem przegapić takiego miejsca. Problem polegał na tym, że do zamku prowadziło 1480 schodów. Stromych. Trochę dało w łydki, ale chyba gorzej mieli inni turyści, których mijaliśmy schodząc z powrotem. Za to widok z zamku był wspaniały.

Zamek zaliczony, wsiadamy więc do auta i jedziemy dalej zwiedzać rejony na południe od gór. Po drodze jemy jeszcze polowy obiad przy mauzoleum z I Wojny Światowej, gdzie jakiś koleś bierze mnie za Amerykanina (WTF? aż taki jestem gruby???). Kolejnym przystankiem jest wspomniany wcześniej Bran - niewielka miejscowość z bardzo malowniczym zamkiem, który za sprawą miana zamku Drakuli, stał się dużą atrakcją turystyczną. Jak już wcześniej pisałem - Vlad Palownik nigdy nie był na tym zamku, niemniej jednak jest to miejsce warte zobaczenia. Zamek sprawiał wrażenie raczej mieszkalnego niż obronnego. Malutkie przytulne komnaty, krużganki i niewielki dziedziniec sprawiły, że człowiek wyobrażał sobie jak to fajnie kiedyś mieli jego mieszkańcy.
Po zwiedzaniu znaleźliśmy jeszcze skitranego nieopodal cache'a i ruszyliśmy dalej. Późnym popołudniem trafiliśmy do Braşova, równie ładnej mieściny, po której sobie trochę pospacerowaliśmy. Rynek tego dnia był odgrodzony, na uliczkach pełno policji, a to z racji koncertu jakiegoś bardzo znanego pianisty. Kupiliśmy jeszcze piwko na wieczór i udaliśmy się na kemping za miasto. Rankiem ruszyliśmy nowo wybudowaną autostradą (jeszcze nawet MOPów nie było) w kierunku stolicy Rumunii czyli Bukaresztu. Śmignęliśmy trasę szybko, dzięki czemu mieliśmy praktycznie cały dzień na zwiedzanie. Bukareszt kiedyś był pięknym miastem porównywanym nawet z Paryżem (takim wschodnim ;) ), ale czasy panowania  Ceauşescu odcisnęły na stolicy bolesne piętno .
W związku z planowaniem urbanistycznym, a właściwie to po prostu czystym widzimisię przywódcy, zburzono wiele zabytków, szczególnie świątyń. Niektóre na rozkaz przenoszono np. o 20 metrów, tylko po to, aby zrobić miejsce socrealistycznym gmachom - czystej kile. Bukareszt jest więc miastem kontrastów, gdzie przenikają się pokomunistyczne klocki, piękne zabytki, a także nowoczesne biurowce. Bukareszt miał po prostu pecha. Nie znaczy to jednak, że w tak dużym mieście nie znajdziemy kilku perełek. Zwiedzanie zaczęliśmy od starówki, a skończyliśmy na słynnym molochu - rumuńskim parlamencie. Zjedliśmy również pyszną zupkę (ciorbę) z chlebka. Było sporo miejsc wartych uwagi, ogólnie jednak ogrom tego miasta trochę nas przytłoczył. Na liście nie znaleźliśmy ciekawego miejsca do noclegu, postanowiliśmy więc trasę z Bukaresztu nad Morze Czarne pokonać jeszcze tego samego dnia, aby nazajutrz zamoczyć tyłki i odpocząć na plaży. Trasa również poszła szybko, bo autostradą, więc pod wieczór byliśmy już nad morzem. Obowiązkowym punktem naszej wizyty nad Marea Neagră było legendarne Vama Veche, ale z racji późnej pory zatrzymaliśmy się w znanym nam z listy miasteczku, w którym znajdował się porządny kemping. Kemping znajdował się w miejscowości Jupiter, a pozostałe nadmorskie miasteczka miały podobnie kosmiczne nazwy. Powstały w latach 70tych i pełniły od zawsze rolę głośnych turystycznych kurortów. Zanim znaleźliśmy kemping to pokrążyliśmy trochę po miejscowości i prawdę mówiąc to kicz i larmo skojarzyło nam się od razu z naszym polskim Bałtykiem. Niezbyt nam to odpowiadało, ale na kempingu nie było tak źle. Był basen. Chcieliśmy się w nim zanurzyć tuż po przybyciu, ale było za późno - już się zaczęło sprzątanie. Nic to. Dokończyliśmy rozbijanie obozowiska i po kolacji udaliśmy się do "centrum". Masa ludzi, stragany i kioski z rozmaitym niezdrowym jedzeniem, głośne disko albo karaoke z co drugiej knajpy itepe. Krótko mówiąc nie spodobało nam się to, a biorąc pod uwagę sąsiedztwo z dużym portem, nie mieliśmy nawet ochoty wchodzić do morza w tej miejscowości. Wodowanie chcieliśmy sobie zostawić na Vama Veche. Postanowiliśmy, że rankiem uderzymy jeszcze w basen, a potem pojedziemy prosto do VV. Basenowanie przyniosło trochę ochłody, więc odświeżeni mogliśmy wyruszyć na spotkanie z legendarną plażą. Ale o tym opowiem w następnym odcinku.

0 komentarze:


Free Blogger Templates by Isnaini Dot Com and BMW Cars. Powered by Blogger