"gonna go far, with charisma and skill until they put my face on a million dollar bill"
Slug

sobota, 12 lutego 2011

Online

Zaczęło się w czwartek. Wracam z pracy, stoję na Wirku na przejeździe kolejowym i ni stąd ni zowąd dzwoni do mnie pewna miła Pani z informacją, że znalazła moje CV na stronie, na której kiedyś usilnie szukałem roboty i że firma jej "na gwałt szuka robotyków w związku z dynamicznym rozwojem". Troszkę zaskoczony ustalam, że zjawię się na rozmowie w siedzibie w Gliwicach następnego dnia. Później jeszcze w domu telefonicznie otrzymuję parę szczegółów na temat oferty. Problem w tym, że spotkanie w godzinach pracy - o 14. Udaje mi się załatwić szybsze wyjście z pracy i przebierając się w garniak gdzieś w lesie pomiędzy Mikołowem a Gliwicami jadę pędem na rozmowę. Zjawiam się na czas, rozmowa idzie spokojnie, właściwie to nic mnie na niej nie zaskakuje, jak to wcześniej się zdarzało.

Więc tak: firma zajmuje się programowaniem robotów offline, czyli w siedzibie oraz online, czyli w miejscu, gdzie mają być uruchomione. Ponoć ciśnie do przodu, mają obłożenie na kolejne 2-3 lata, a obecnie pracują nad robotami w fabryce Mercedesa na Węgrzech w miejscowości Kecskemét. I tam właśnie miałbym rozpocząć pracę - online. Projekt jest duży i zaczynany od początku - w związku z tym nadarza się okazja, żeby jakiegoś absolwenta (czyli mnie :D ) nauczyć fachu od podstaw. Praca w trybie: 6 tygodni online, 1 tydzień wolnego i 4 pracy offline.

Nie będę się rozpisywał o warunkach - ogólnie są bardzo atrakcyjne - pensja, diety, firma pokrywa zakwaterowanie i dojazd. Jedyną przeszkodą jest fakt, że firmie zależy na bardzo szybkiej decyzji, a ja przecież jeszcze pracuję w Mikołowie i może mnie obowiązywać 2 tygodniowy okres wypowiedzenia. Całe popołudnie nad tym myślałem i postanowiłem zaryzykować. Jestem w końcu świeżakiem i raczej nie powinno mnie nikomu brakować. Postanowiłem więc zaryzykować i na rozmowie przyjąłem stanowisko, że jestem zdecydowany i gotów podjąć pracę od zaraz, a sprawę zwolnienia jakoś załatwię. I udało się! 2 godziny później zadzwonił do mnie sam prezes z radosną informacją, że zrobiłem dobre wrażenie na rekruterach :P i wita mnie w załodze. Aż się wierzyć nie chce, że jeszcze dzień wcześniej nie miałem żadnych nadziei na pracę w wyuczonym na studiach kierunku, a tu nagle lecę na Węgry programować roboty! Mam lecieć do Budapesztu planowo w czwartek z jeszcze innym pracownikiem, gdzie ktoś nas odbierze. W poniedziałek muszę załatwić rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, potem pobrać dokumenty, zrobić badania i kurde popakować się.

Kecskemét

I tylko strasznie smutno, że przez 6 tygodni nie będę się widział z Agatą (no może widział będę, bo jest Skype ale to nie to samo)... Cóż, jak to zwykłem mawiać - nie wszystko można mieć... na raz. Będzie to dla nas wielka próba. 6 tygodni to niby nie dużo, ale mało też nie.

Życie ruszyło w momencie kiedy się tego najmniej spodziewałem. Ale tak to chyba jest. Ja to w ogóle stwierdziłem ostatnio, że w sumie to mam szczęście w życiu tylko, że ten co nim steruje to chyba ma niezłe lagi, bo nic nie jest na czas :D Wszystko panie na opak. Albo z opóźnieniem. Albo dzień po. Trochę jak z doświadczeniem - doświadczenie to taka rzecz, którą nabywamy zaraz po tym kiedy nam była potrzebna.

Będzie myślę, o czym pisać kolejne kawałki i wpisy na blogu. ;) Trzymajcie kciuki, żebym się w poniedziałek bezproblemowo zwolnił ;)


Free Blogger Templates by Isnaini Dot Com and BMW Cars. Powered by Blogger