"gonna go far, with charisma and skill until they put my face on a million dollar bill"
Slug

sobota, 3 maja 2014

Ładowanie Baterii

O Pierona, tumany kurzu jak żech tu wloz... Już tyle miesięcy nic na blogu się nie działo to się zakurzył. Trzeba odświeżyć. :) Dawno nie pisałem ale w sumie za bardzo nie było o czym. Nie żeby się u mnie nic nie działo, bo trochę się pozmieniało. Udało nam się z Agatą kupić i wyremontować mieszkanie. Dla nas to duża zmiana, ale nie uważam tego za coś o czym trzeba od razu pisać na blogu. ;) 

Zima się skończyła (co to była za zima - grill 30 grudnia...) Czas leciał, a ja nie ukrywam, że już odliczałem do majówki. Baterie jechały już na rezerwie i góry zaczęły wzywać. Tym razem padło na Bieszczady. Ostatnio byliśmy tam w zimie, a już prawie zapomnieliśmy jak wyglądają latem, więc nie trzeba było się wzajemnie namawiać. Niestety obowiązki zmusiły nas do skrócenia wyjazdu i wyszła właściwie przedmajówka, ale patrząc po dzisiejszej pogodzie to może nie był to taki zły termin. Spędziliśmy tam 5 ostatnich dni kwietnia.

Jakoś tak wyszło, że noclegi rezerwowałem dopiero w czwartek, ale w miarę szybko udało się załatwić kwaterę w Ustrzykach Górnych i jeden nocleg w Schronisku Jaworzec. Pakowanie też zostawiłem sobie na sam koniec - takie mi zostało przyzwyczajenie z delegacji (przy częstych delegacjach odkładałem ile się dało ten przykry obowiązek). 

Ruszyliśmy więc w sobotę z rana i przy małym ruchu dość sprawnie pokonaliśmy trasę po drodze spontanicznie zatrzymując się jeszcze w Rezerwacie "Skamieniałe Miasto" w Ciężkowicach. Bardzo fajne miejsce, ciekawe formacje skalne - jeśli będziecie mieli kiedyś okazję, to odwiedźcie to miejsce.


Rezerwat Skamieniałe Miasto
Wiedzieliśmy, że pierwszego dnia nie ma sensu pchać się na dłuższą trasę, więc po drodze robiliśmy sobie przystanki na co ciekawsze keszyki: cerkiew, malownicze potoki itp. Zabraliśmy po drodze stopem dwojga młodych ludzi (można chyba powiedzieć że punkowców). Wybierali się do Siekierezady na koncert zespołu Denaturat '96  :D w którym grał brat dziewczyny - oszczędziliśmy im ładne kilka kilometrów marszu. Spytali, czy nie reflektujemy na koncert, ale to chyba jednak nie nasze klimaty, zważywszy, że przyjechaliśmy tu raczej się wyciszyć, a nie odwrotnie. Swoją drogą nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem punkowca, ale skoro jeszcze są w Bieszczadach to chyba nie jeszcze nie wyginęli. ;) Rezerwat, można powiedzieć. Drugiego dnia bez zbędnych ceregieli wyruszyliśmy na Caryńską i jakoś tak fajnie się szło, że zrobiliśmy tego dnia trasę: Ustrzyki Górne, Połonina Caryńska, potem odbicie na Schronisko pod Rawkami, tam dobra zupka, potem Mała, Wielka Rawka, kurs do i z Krzemieńca (trójstyk granic), i powrót do Ustrzyk. W sumie przeszło 25 km. Dodać jeszcze muszę, że na Caryńskiej nie dość, że strasznie wiało i piździało to jeszcze zaczął padać deszcz. Po zejściu z połoniny jednak przestało wiać, a pod koniec dnia pojawiło się nawet Słońce. I pogoda towarzyszyła nam już do końca pobytu.


W drodze na Krzemieniec

Trzeci dzień to niewiele krótsza trasa, bo pętla z Ustrzyk czerwonym szlakiem przez Szeroki Wierch na Tarnicę, niebieskim do Wołosatego i spacer z powrotem asfaltówką. Studnia w Wołosatem jak stała tak stoi. ;) Jak zobaczycie na zdjęciach, w wyższych partiach Bieszczad przyroda później budzi się do życia i momentami było wręcz jesiennie. Chwilami ukraińskie Bieszczady wydawały nam się jakieś bardziej zielone. Jak to mówią: "trawa jest zawsze bardziej zielona po tej drugiej stronie". Zielonych Bieszczad jednak również zasmakowaliśmy w kolejnych dniach. Trasa na Tarnicę zeszła dość szybko przy rozmowie z poznanym na szlaku kolegą z Jackiem. Pomógł jeszcze trochę pokeszować na szczycie i potem każdy ruszył w swoją stronę. 


Widok z Tarnicy
Czwartego dnia było kilka mniejszych przystanków i trochę sobie pomogliśmy podjeżdżając pod cel samochodem. Nie było to pójście na łatwiznę, bo i tak czekał nas 6 kilometrowy spacer. Dzisiaj celem była nieistniejąca wieś Dydiowa, a właściwie to chata Dydiówka. O miejscu tym dowiedziałem się oczywiście przez Geocaching, a z racji, że na mapie nie było oficjalnego szlaku nadarzyła się okazja przetestować nowego Garmina. Dydiowa to nazwa nieistniejącej wioski pod samą granicą ukraińską, znajdująca się niegdyś w zakolu Sanu. Podobnie jak i wiele innych tak i ta wioska opustoszała w związku z wysiedleniami i dziś jedynym pozostałym zabudowaniem jest bacówka należąca do pewnego profesora UJ. Chatka ta jest otwarta i można w niej przenocować. Nie mieliśmy takiego zamiaru, chociaż może z harcującymi myszkami byłoby ciekawie. Swoją drogą nadmienić należy, że myszy buszowały po całych Bieszczadach. Ściółka praktycznie wszędzie szeleściła od tych gryzoni i wystarczyło się zatrzymać na chwilę, a miało się wrażenie, że cały las wokół "chodzi". W chatce ciekawą lekturą był pamiątkowy zeszyt - byli i tacy co spędzali w Dydiówce Wigilię! Polecam to miejsce każdemu kto odwiedzi Bieszczady, choć dojście tam nie jest pewnie dla każdego. Momentami błoto na wyjeżdżonej przez ciężarówki z drewnem ścieżce sięgało kolan. Trafiliśmy też na patrol straży granicznej, która nie rzucając się w oczy, jest jednak w Bieszczadach obecna. 


Dydiowa 1, czyli Dydiówka


Po drodze jeszcze obiad w Siekierezadzie i ten dzień zakończyliśmy w Schronisku Jaworzec, gdzie czekał nas nocleg unplugged. Jedynie kilka ledówek dla oświetlenia łazienki i korytarza, świece, i ciepła woda przez pół godziny dziennie. Piwko nad górską rzeką, spacer po pozostałościach pobliskiej wioski (w tym dość mroczny cmentarz) i tylko szum wody. Też fajne miejsce, chociaż ze zmęczenia poszliśmy dość wcześnie spać i jakoś nie było nam dane poczuć tych "schroniskowych wieczorów" przy gitarze. 

Schronisko Jaworzec



Ostatniego dnia poszwendaliśmy się jeszcze po okolicach zalewu Solina, obowiązkowo odwiedzając Tamę. Tam juz trochę mniej bieszczadzko. Ewidentnie właściciele kramików i restauracji przygotowywali się na majowy atak turystów. Nam całe szczęście udało się uniknąć tej masy ludzi, czego dowodem mogą być chociażby korki, które mijaliśmy w przeciwnym kierunku podczas powrotu. Zakopianka, bramki na A4, jeszcze jakiś wypadek - pozdrawiam kierowców stojących w kilometrowych kolejkach. Udało nam się uszczknąć klimatu Bieszczad, a nawet skubnąć trochę Bieszczad zapomnianych. Dodam jeszcze, że zrobiliśmy sobie postój w Sanoku, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć galerię prac Zdzisława Beksińskiego i to była dla mnie nie lada gratka. Przedmajówka na plus, baterie naładowane. Relacja krótka bo i wyjazd krótki, a zresztą kto by to czytał. ;) Poniżej jeszcze link do wszystkich zdjęć. Koniecznie zobaczcie:

Bieszczady - galeria zdjęć

1 komentarze:

jenny pisze...

przeczytałam:)ale gdzie te pozdrowienia dla mnie? doszukuję się ich pomiędzy wierszami odnośnie grilla 30grudnia :D


Free Blogger Templates by Isnaini Dot Com and BMW Cars. Powered by Blogger