środa, 10 stycznia 2018

Tajlandia i Birma #1 - Chiang Mai i Chiang Rai

Siemano. Jak widać nie zaglądałem tu przeszło 2 lata, ale po powrocie z Tajlandii i Birmy uznałem, że warto napisać coś więcej o tej podróży, bo same zdjęcia nie oddadzą tego co przeżyłem przez ten miesiąc. Tak, miesiąc! Poszalałem. Nie wiem czy drugi raz takie coś przejdzie w pracy, niemniej jednak na te 2 kraje to i tak za mało. Do pisania na blogu skłoniło mnie też to, że większość znajomych gdy słyszy, że byłem w Tajlandii to od razu kojarzy to jednoznacznie: full moon parties, seksturystyka, ladyboye, ping-pong show i ogólna patola i komercha. Nie! Tajlandia to o wiele więcej i mam zamiar trochę odkłamać ten przykry wizerunek na przykładzie pierwszego tygodnia spędzonego w tym właśnie kraju.

Krótko o planie podróży: Przylot do Bangkoku (w moim przypadku z Pragi, więc już samo połączenie to było kino drogi). W BKK zbiórka niepełnego jeszcze składu, stamtąd pociągiem nocnym do Chiang Mai, tam zwiedzanie miasta, okolic oraz 2-dniowy trekking. Potem przejazd do Chiang Rai, tam również 2-dniowy trekking i zwiedzanie pobliskich gór. Potem powrót do Chiang Mai, przegrupowanie, wypicie Żołądkowej, powrót do Bangkoku, zebranie pełnego składu, lot do Birmy, gdzie tułamy się kilkanaście dni (o Birmie napiszę szerzej w innym poście), przylot do BKK, wypicie Whisky na Khao San Rd, zwiedzenie starożytnej Ayutthai, przejazd do prowincji Kanchanaburi i w końcu teleportacja na wyspę Koh Lanta. No i oczywiście jeszcze 2 dniowy powrót z tej wyspy do domu (przez BKK, Dohę, Pragę i Bytom  :D).

Tak to mniej więcej wyglądało na mapie ;)


 "Bangkok jak Bangkok" jak to mówią Janusze, "myślałem, że większy będzie". A tak już poważniej - miasto na pewno warte odwiedzenia, starówka królewska to może inny klimat niż średniowieczne europejskie miasta, ale ma swój urok. Na przykład rankiem, kiedy można zobaczyć jak budzi się do życia. Sprzedawcy rozstawiają stragany, ludzie jadą niespiesznie do pracy, mnisi wyruszają po jałmużnę, dzieciaki idą do tętniącej życiem szkoły. Albo wieczorem, kiedy przechadza się między oświetlonymi świątyniami, czy nurkuje w wesoły gwar nocnych targów. W tym poście chciałem napisać jednak o północy Tajlandii, bo właśnie ona mnie najbardziej zachwyciła.

CHIANG MAI

Pociąg nocny to bardzo przyjemna metoda dostania się na północ Tajlandii. Wagony drugiej klasy, w nich naprzeciw siebie kanapy, które około 21. pan z obsługi rozkłada i robi się z nich łóżko piętrowe. Czysto, schludnie i... głośno. Można jednak dzięki temu zaoszczędzić czas (bo nie traci się dnia na przejazd) i pieniądze (bo nie płaci się przecież za nocleg). Pierwszy tydzień w okrojonym składzie mieliśmy rozplanowany tylko ogólnie, chociaż co nie co doczytaliśmy  w przewodniku i w internecie. Z przygotowaniami już tak jest, że z każdym kolejnym wyjazdem człowiek coraz mniej ma ochoty przesiadywać przed komputerem, przeczesując fora i blogi w poszukiwaniu praktycznych informacji. Właśnie to oraz stosunkowo mało czasu sprawiło, że w pierwszym tygodniu, poza miastami postanowiliśmy się powierzyć w ręce przewodników. Wiązało się to z pewnym ryzykiem, bo przewodnik przewodnikowi nierówny, a spotkaliśmy się też w necie z negatywnymi opiniami. Że przewodnik drętwy, że odwiedzane miejsca sztuczne i robione pod turystów, że już w ogóle w Tajlandii nie ma prawdziwych górskich wiosek itp. Całe szczęście okazało się, że w naszym przypadku te wszystkie obawy się nie potwierdziły.
Nocny pociąg do Chiang Mai

Chiang Mai - stolica prowincji o tej samej nazwie, trzecie największe miasto w Tajlandii, a największe na północy kraju. Obowiązkowy punkt na trasie każdego turysty, który chce w Tajlandii zobaczyć coś poza plażami. Stare miasto znajduje się na zachodnim brzegu rzeki Ping, a zbudowane jest na planie kwadratu otoczonego fosą. Wzdłuż tej fosy poprowadzone są dwupasmowe drogi, takie jakby obwodnice starówki i gdzieniegdzie powtykane mosty, które łączą tą "wyspę" z resztą miasta. Dzięki takiemu układowi poruszanie się po mieście jest w miarę proste. Co nie znaczy, że sprawne - ruch jest tam niesamowity. Przyznam, że kwadrat na mapie nie wygląda jakoś ogromnie, a jednak przemierzanie go pieszo potrafiło zmęczyć. W tym to kwadracie znajduje się wiele zabytkowych świątyń, niektóre z nich rzeczywiście robią wrażenie. 
Przedmieścia Chiang Mai

Pierwszy dzień zatem poświęciliśmy na rozpoznanie i zwiedzanie samego Chiang Mai m.in. Chinatown, nocny targ, świątynie Wat Chedi Luang, Wat Phra That Doi Suthep czy Wat Phra Singh (jeszcze wtedy nie mieliśmy przesytu posągów Buddy i strzelistych chedi). Tego samego dnia skontaktowaliśmy się z wyszukanym wcześniej przewodnikiem i zarezerwowaliśmy dwudniowy trekking po okolicznych górach. W tym momencie warto nadmienić o jakiej porze przylecieliśmy do Tajlandii. W Tajlandii podobnie jak w pozostałych krajach regionu nie ma 4 pór roku tak jak u nas. Przełom października i listopada to koniec pory deszczowej, a początek pory suchej. Ten krótki okres przejściowy poprzedza nadejście wysokiego sezonu, kiedy do Azji przymierzają setki turystów i nigdzie nie można znaleźć wolnych pokoi, a rezerwacje trzeba robić na kilka tygodni w przód. Przed wysokim sezonem może się jeszcze trafić jakaś ulewa, niebo nie zawsze jest bezchmurne, ale nie jest już tak obłędnie ciepło i wilgotno jak w porze deszczowej. Wielką zaletą tej pory jest fakt, że w Azji nie ma wtedy zbyt wielu turystów, dzięki czemu zamiast iść na trekking w 20 osób, idziemy tylko my w dwójkę i nasz przewodnik. I może jeszcze jego młodszy bratanek, który kiedyś też chce zostać przewodnikiem.

Wcześnie rano podjeżdża po nas terenowe Songthaew (czyli taka półciężarówka z dwoma rzędami siedzeń na pace) i nim objeżdżamy kilka obowiązkowych punktów na terenie pobliskiego Parku Narodowego Doi Inthanon. Jest to park ustanowiony wokół najwyższego szczytu Tajlandii o tej samej nazwie, który ma 2565 m.n.p.m wysokości. To o kilkadziesiąt metrów więcej niż nasze Rysy. Jest to dość ciekawe zważywszy na to, że na szczycie mimo niższej temperatury można zaobserwować, że to jednak nadal jest dżungla, a pod sam szczyt można dojechać asfaltem. Zgoła inny widok niż nasze turnie. Zatrzymujemy się jeszcze żeby zobaczyć dwie świątynie otoczone ładnym, choć mało orientalnym ogrodem kwiatowym oraz wodospad Wachirathan.

Wspinamy się coraz wyżej, drogi z szerokich dwupasmówek zmieniają się w kręte górskie zawijasy. Robi się chłodniej i trochę wilgotniej. Robimy przerwę na lokalnej plantacji kawy, oczywiście z degustacją. Kawa, którą dostaliśmy do wypicia, była świeżo palona i świeżo (przez nas) zmielona, a potem przefiltrowana przez coś a'la skarpetka. Nie wiem czy to kwestia zmęczenia od wczesnej pobudki, czy też może okoliczności, ale nie chcieliśmy do tej kawy ani odrobiny cukru ani tym bardziej mleka. Ta kawa była po prostu pyszna sama w sobie i w mig poszedł cały dzbanek. Kupiliśmy trochę do Polski i ruszamy do następnego przystanku. 
Kawiarnia w stylu kareńskim
Kolejna górska wioska, domki na palach, kryte i zrobione z bambusa. Tutaj jemy "lunch". Tu też pojawia się w końcu okazja trochę więcej porozmawiać z przewodnikiem. Okazuje się, że przystanek mamy u jego mamy. Chata skromna, po środku palenisko, jedzenie przygotowywane jest praktycznie na podłodze (na talerzach, po prostu bez stołu). Dostajemy tu owoce i zapakowany w liście bambusa ryż z jajkiem i kurczakiem. Proste i dobre. Porcja energii przyda się, bo już za chwilę zacznie się właściwy trekking.
Kham i jego mama
Żegnamy się z mamą Kham (nie wiem czy tak się zapisuje to imię) i podjeżdżamy jeszcze kawałek na koniec wioski. Tu zaczniemy trasę. Nie jakąś mega długą, taki kilkugodzinny trekking po dżungli z w miarę łagodnym przewyższeniem. W sam raz na początek. Po drodze poznajemy naszych przewodników, dla młodego jak się okazało jest to pierwszy taki wypad. Moja towarzyszka stwierdza, że nie lubi pająków, więc od tej chwili zadaniem pobocznym jest pokazanie jej jak największego pająka. Jakoś 2 godziny po wyruszeniu zaczyna się ulewa. Wody spada tyle, że gliniaste ścieżki szybko zamieniają się w rzeki. Zakładamy pelerynki, chociaż wiemy, że przy takiej ilości wody chodzi tylko o uratowanie plecaka i aparatu. Cóż, przygoda ;) Zanim jeszcze docieramy do pierwszych wiosek, zaczyna się przejaśniać. Mijamy kilku tubylców na motorach. Wszyscy radośnie witają naszego przewodnika i nas. Jedni wiozą dzieci, inni jakieś materiały, jedzenie. Inaczej niż na motorze nie wyobrażam sobie tu dojechać, szczególnie po tej ulewie. Mijamy szopy, domki, pola ryżowe i w końcu docieramy do naszej wioski docelowej. 
Końcówka pierwszego dnia - już prawie jesteśmy w wiosce.
Okazuje się, że będziemy spali w domu ciotki Kham, są tu też jego bracia i miałem wrażenie, że w ogóle połowa rodziny. ;) Duża chata, znów na palach, po środku palenisko. W wiosce mieszka plemię Karenów. Karenowie to mniejszość etniczna zamieszkująca górskie rejony Birmy i Tajlandii. Karenowie posługują się swoim językiem i co ciekawe wioska, w której nocowaliśmy była głównie chrześcijańska. Ściągamy mokre ciuchy, bierzemy łyka "happy water" czyli takiej lokalnej Sake (po kareńsku na zdrowie to jeśli dobrze pamiętam: Czigiridigidi!)  i zabieramy się do wspólnego przygotowywania posiłku. Jak to wyglądało możecie zobaczyć na zdjęciach. Pokroiliśmy warzywa do sałatki i przygotowaliśmy żółte curry. Obydwa dania na wolnym ogniu w palenisku i obydwa dania pyszne. Curry w sam raz - nie tak kur...o ostre jak to na Sri Lance. Dowiedzieliśmy się, że po kolacji nasi gospodarze udają się do sąsiadów, gdzie będą się modlić. Co wieczór taka modlitwa odbywa się w innym domu i jeśli chcemy, to możemy dołączyć. Było to ciekawe przeżycie. Być na drugim końcu świata, gdzieś w górskiej wiosce, zobaczyć na ścianie wizerunek Jana Pawła II i słuchać modlitwy w zupełnie obcym języku. Po kolacji posiedzieliśmy jeszcze i tych sąsiadów, rozmawiając i popalając czasem skręta z bananowca. Polska jest w Azji raczej mało znanym krajem. Widać, że trochę się to zmienia, ale i tak co chwilę musieliśmy tłumaczyć, że jesteśmy z Poland, a nie z Holland. I może z tego faktu wynikało też, że miejscowi z zaciekawieniem pytali skąd my to właściwie jesteśmy, czy mamy śnieg i dlaczego brzmimy podobnie do ruskich. 
Górska domówka ;)
Drugi dzień to trekking głównie wzdłuż rzeki, a ponieważ w nocy padało, to rzeka była dość wartka. Podobnie mijane po drodze wodospady. Przy jednym z takich wodospadów była okazja się wykąpać, przy kolejnym przerwa na posiłek. Po kilku godzinach skakania na przemian po krawędziach pól ryżowych i poutykanych w rzece kamieniach makaron z bambusowego liścia również okazał się smakołykiem. Późnym popołudniem dochodzimy do końca trasy gdzie odbiera nas znajomy kierowca i wracamy do Chiang Mai. Pierwszy trekking, można powiedzieć, że taki bardziej etniczny, okazał się miłym zaskoczeniem.
CHIANG RAI

Kolejnym punktem na trasie było Chiang Rai. Mniejsza i dużo spokojniejsza mieścina, do której udaliśmy się nocnym busem. Nasza wizyta zbiegła się w czasie z zakończeniem rocznej żałoby po śmierci Króla Tajlandii oraz z uroczystościami kremacyjnymi, które w mniejszym lub większym stopniu miały miejsce w całym kraju. W dzień kremacji wszystkie zakłady i sklepy zostały zamknięte, więc mieliśmy okazję zobaczyć praktycznie opustoszałe Chiang Rai. Bhumibol Adulyadej, król Rama I, panował w Tajlandii przez prawie 70 lat. Większość jej mieszkańców nie zna innego Króla, darzono go wielkim szacunkiem, gdyż przeprowadził kraj przez wiele trudnych okresów, w tym doprowadził do pełnej transformacji w ustrój demokratyczny. Trudno zatem dziwić się autorytetowi jakim cieszył się w Tajlandii.

Tutaj również zwiedziliśmy miasto i pobliskie atrakcje, takie jak Biała Świątynia Wat Rong Khun czy Baan Dum - czarny dom. Ponownie jednak główną dla nas atrakcją miał być dwudniowy trekking po okolicznych wzgórzach porośniętych dżunglą.

Dopiero uczyliśmy się tajskiej logistyki, więc dostaliśmy się do Chiang Rai z pewnym opóźnieniem. Już na dworcu autobusowym (dworzec to tutaj za duże słowo), powitało nas dwóch młodych chłopaków - Mo i Kear. Ze względu na małą obsuwę w planie nie do końca wiedzieliśmy czego się po nich spodziewać. Wypady, które organizuje ich firma opisywane są jako przygoda z maczetą ( :D ) i, jak się później okazało, te maczety do czegoś jednak się w dżugnli przydają. Chłopaki jednak okazali się bardzo wporzo i od razu załapaliśmy z nimi dobry kontakt.
Mo z kucykiem, Kear z paluchami.
Dżungla w okolicach Chiang Rai okazała się trochę inna niż ta w prowincji Chiang Mai. Dużo więcej bambusów, większa wilgoć, a i trasa jakby mniej przystępna ze względu na roślinność. Wspomniane wcześniej bambusy pełniły jednak ważną rolę w tym trekkingu. Już na samym początku trasy zatrzymaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia ogromnym skupiskom bambusów i nagle Mo stwierdził, że chyba mamy dzisiaj szczęście, po czym polazł w kierunku tego skupiska. Wlazł pomiędzy łodygi i segment po segmencie zaczął je rozcinać czegoś tam szukająć. Nagle słyszymy "Yeeees!". I co się okazało? W środku, wiły się małe tłuste białe larwy. I na te larwy ponoć można natrafić tylko przez krótki okres w roku i to stosunkowo rzadko. Dowiedzieliśmy się, że są one cennym przysmakiem w Tajlandii - za 1 kg można dostać nawet i 100 PLN. A my mamy za darmo. :D 
Proteiny, wszędzie proteiny!
Chłopaki pokazali nam jak rozpoznać, czy w łodydze mogą być larwy i wytłumaczyli jak motyle (albo ćmy, teraz nie wiem) przez dziurkę składają te jaja kiedy bambus jest jeszcze mały, a łodyga miękka. Tak więc zdrowe pół godziny poświeciliśmy na zbieranie tych larw do pojemnika zrobionego (a jakże) z bambusa i przytkanego liściem. Te larwy łaziły sobie potem w tym pojemniku schowanym do plecaka i wieczorem trafiły na patelnię... Jedną zjadłem żywą (bo co - ja nie zjem?), a pozostałe podsmażone w głębokim oleju zajadaliśmy popijając ryżowy bimberek. Smak? Takie smaczniejsze frytaski. ;) Trochę wymęczeni przedzieraniem się przez zarośla dotarliśmy w końcu do wiosku na malowniczym wzgórzu. Zanim zrobiło się ciemno zrobiliśmy jeszcze spacer po górskiej wiosce od czasu do czasu zaczepiani przez miejscowe dzieciaki. Po zmroku kiedy w chatce zebrała się duża część rodziny miała miejsce kolejna wieczorna uczta z curry, larwami, ryżowym bimbrem i innymi lokalnymi przysmakami. Nazajutrz z pewną taką niemrawością wróciliśmy na szlak, który wił się między polami zielonej herbaty i ryżu. Na jednym z takich pól zatrzymaliśmy się przy szałasie, gdzie miał mieć miejsce "lunch". Jako, że przez całą trasę towarzyszyły nam maczety i bambusy tak i przy posiłku nie mogło być inaczej. Mieliśmy zatem okazję zobaczyć, jak przygotowuje się posiłek bez jakichkolwiek naczyń, a używając do tego tylko ognia, maczety i bambusa. 
Podano do... bambusa!
Jak to się robi? Do dużych łodyg wrzucone zostały jajka, z których w bambusie nad ogniem zrobił się omlet. Do innych trafił kurczak z curry, warzywami, jakimiś białymi grzybkami i mlekiem kokosowym, i pięknie się w tych łodygach poddusił. Do tego grill i jeszcze wspomniane wcześniej larwy. Po prostu pycha! Naczynia i sztućce chłopaki również wyczarowali na świeżo z bambusów - cyk fuch i z łodyg powstały miseczki i całkiem zgrabne pałeczki. Po posiłku przeszliśmy jeszcze kilka kilometrów, aby na koniec zejść malowniczą doliną do wioski gdzie czekał na nas pick-up, na którego pace wróciliśmy do punktu startu. 
Końcówka trekkingu była naprawdę malownicza.
Trekking skończył się odprężającą kąpielą w "hot springs", czyli gorących źródłach, a potem, wieczorem spotkaliśmy się jeszcze z Mo i Kear przy piwku na nocnym targu w Chiang Rai. Drugi trekking zupełnie inny maczetowo-bambusowo-młodzieżowy - również in plus. Nazajutrz rano busem udaliśmy się do Chiang Mai, gdzie spotkaliśmy się z kolejnym naszym towarzyszem podróży, aby po kilku dniach spotkać się w pełnym składzie. Minął dopiero tydzień w podróży, a my już mieliśmy co wspominać. 

Jak widać w Tajlandii znajdziecie to czego szukacie - lecicie w poszukiwaniu dziwek i koksu? Znajdziecie dziwki i koks, lecicie aby poznać wspaniałych ludzi przepiękne miejsca? Dokładnie to na was czeka.

Dajcie znać w komentarzu, czy to w ogóle ciekawe, bo mam jeszcze co nie co do opowiedzenia, ale przecież nie będę pisał dla powietrza. ;) pozdr. RL

0 komentarze:


Free Blogger Templates by Isnaini Dot Com and BMW Cars. Powered by Blogger